—Więc prowadź.
Wkrótce wiedzieli obaj, że zbłądzili: szli jakąś drogą, zupełnie nieznaną, zalaną wodą w miejscach równych, na pochyłości pokrytą grubym, ostrym żwirem, który zsuwał się razem z nimi. Rozmiękłe i pokrzywione obuwie dokuczało im bardzo, deszcz przemoczył ubranie do bielizny, a droga jak zaklęta wiła się bez końca.
Janek ustał nakoniec, oparł się o drzewo, z którego popłynęły nań strumienie wody i przymknął oczy.
—Napij się wina — rzekł Tadzio, podając mu butelkę.
Pił chciwie, długo. Wreszcie podał ją bratu.
—A ty nie pijesz?
—Nie jestem spragniony.
—Cóż poczniemy?
—Która godzina?...
—Wpół do drugiej.