—To prawda, ale zmoknie.
—Deszcz tatrzański nie szkodzi, nie dostanie nawet kataru.
—Patrzno, Janku, z tej góry nie schodziliśmy przecież?
—Tak ci się zdaje? — Musieliśmy ją obejść.
—To może inna droga?
—Przez tę mgłę wszystko się zmienia, ale szliśmy tędy napewno.
—Nie przypominam sobie — szepnął Tadzio.
—Ostrożnie, bo ślizko bardzo, po korzeniach nie stą...
Tadzio skamieniał: Janek krzyknął krótko i zsunął się jak kamień po wilgotnej ziemi, na szczęście niedaleko, lecz prosto w kałużę.
—Wróćmy się — zaczął Tadzio, wzruszony stanem garderoby brata. — To nie ta droga, zbłądziliśmy.