—Która godzina? — dopytywał Tadzio.
—Piąta dochodzi.
Milczeli obydwaj. Myśl, że mogą przepędzić noc pod gołem niebem, bez ognia, bez okrycia ciepłego, na deszczu, zaczęła ich poważnie niepokoić. Droga niby zaklęta ciągnie się i ciągnie, przez lasy, z góry na dół i z dołu do góry, i końca niema. Idą tyle godzin i nie wiedzą, gdzie zaszli. Czują ogromne zmęczenie, a co najgorsza — wzajemną obawę o siebie: Tadzio taki delikatny, zaziębi się napewno, skoro tylko iść przestanie. A nogi zaczynają odmawiać już posłuszeństwa, — i jak iść zresztą wśród ciemności? Chyba prosto w przepaść.
Tadzio znów drży o Janka. Chorował niedawno na zapalenie oskrzeli, co to będzie? co to będzie? Nie osobliwość w nocy spotkać i niedźwiedzia, a zapałek nawet z sobą nie wzięli. Po prostu rozpacz!
—Która godzina, Janku?
—Trzy na siódmą.
—Słońce około 9 zachodzi.
—Nie w górach i nie w dzień pochmurny.
Istotnie, w pół godziny później zrobiło się prawie ciemno. Z każdą chwilą wolniej mogli posuwać się naprzód, widoczne było, że wkrótce stanie się to niepodobieństwem.
—Masz wino? — spytał Janek. — Napij się troszeczkę.