—Nie mogę, mam wstręt do wina.
—Rozgrzejesz się.
—Nie czuję zimna.
—To daj mnie, ja się napiję, wiatr taki chłodny, że ubranie pod nim sztywnieje. Nie mam pojęcia, jak przepędzimy noc bez ognia.
—Żeby choć deszcz nie padał.
Mżyło jednak ciągle, a mgła lekka przybierała fantastyczne kształty. Chłopcy nie śmieli stanąć, czuli, że ruch to ich jedyny ratunek, ale drogę zgubili dawno. Szli, aby nie stać.
Nagle Janek ryknął jak zwierzę ranione i rzuciwszy się na ziemię, krzyczał z całej piersi.
Tadzio przerażony pochylił się nad nim.
—Co ci jest, Janku? Janku! Ja się boję!
Lecz Janek ryczał, aż mu tchu zabrakło.