—To wypiję; na widok tego nektaru sucho mi się w gardle zrobiło. Za twoją — energję.
Tadek się uśmiechnął.
—Przynajmniej na ten tydzień zdobądź że się na jakąś wolę — prawił dalej Janek, ogryzając udko kurczęcia — pamiętaj, że od naszego sprytu i energji zależy powodzenie całej sprawy. Znasz stryja: nie wrócimy na czas, to sam pojedzie, dnia jednego dłużej nie zaczeka. A choć to niby nic odnaleźć Zośkę w Zakopanem i zabrać ją razem z ciocią, ale nie mamy jej adresu, a te panie wcale nas się nie spodziewają. Mogą być na jakiej wycieczce, może trzeba je będzie gonić, a czas płynie. W Zakopanem znamy już wszystko, a morza nikt z nas nie widział, i pewno nieprędko zdarzy nam się taka sposobność, więc nie chciałbym po tylu nadziejach zostać na koszu, z niczem!
—Trzeba się będzie zaraz dowiedzieć o nie w klimatyce [1], muszą tam być zameldowane i znajdziemy je w godzinę po przybyciu na miejsce.
—Właśnie podług twojej teorji! Czy nie wiesz, że przyjedziemy koło siódmej wieczorem i klimatyka będzie już zamknięta? Ja myślę, że tylko przypadkiem tego samego dnia spotkać możemy je na Krupówkach, a na dobre trzeba zacząć poszukiwania nazajutrz od rana. Wyobrażam sobie zadziwienie cioci, bo nie spodziewa się nas wcześniej, niż za dwa tygodnie. Nie mogła naturalnie przeczuć projektu stryja, zgody ojca, misji [2] naszej i zamierzonego porwania.
—Chabówka! — szepnął Tadek z rozpromienioną twarzą.
Janek zerwał się z miejsca.
—Chwała Bogu. A to prędko! Zamknij koszyk, zwiń paski, te zapasy chyba zostawimy? Co zrobić z tą butelką? A walizka? gdzie walizka? acha, jest wszystko? Hej, jest tam kto? Po rzeczy! — wołał, wychylając się z okna.
—A podajcie mi te węzełki, to je wnet na wózek włożę. Pięknie pojedziemy, grzecznie, podług taksy [3], wesoło.
Tak zachęcał młody góral, stojąc przed oknem wagonu, a Janek też bez namysłu zaczął mu podawać tłumoczki.