Wrzało, huczało coraz gwałtowniej. Ale była studentka nie schodziła z placówki. Świetne wykłady, za którymi ginęły16 uczennice, zwyciężały upór opinii. Dawała lekcje na pensji pań Sikorskiej, Walickiej, w seminarium dla nauczycielek Towarzystwa Ochrony Kobiet. Trwało tak do 1918 r., kiedy Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego powołało ją na stanowisko wizytatorki średnich szkół żeńskich w Warszawie, mające na celu nadzór nad całokształtem działalności naukowej i wychowawczej zakładów. Urząd ten pełni Męczkowska po dzień dzisiejszy, do niedawna jedyna kobieta w V kategorii (wyżej posunąć się już nie może).
Tak torowała drogę wczorajsza kobieta dzisiejszej. Tak nauczyła opinię uważać pracę mężatki za konieczną tam, gdzie bądź wnosi z sobą nowe walory, bądź staje się niezbędna dla utrzymania rodziny — bez względu na stanowisko męża.
Zarówno działalność pedagogiczna, jak i wizytatorstwo odpowiadają najzupełniej upodobaniom i zamiłowaniom Teodory Męczkowskiej. Kocha swój zawód obecny, kochała dawny. Idzie wytkniętym torem i to jej daje niezwykłą pogodę umysłu, stałą równowagę usposobienia, chroni od tarć wewnętrznych, które odbijają się zawsze ujemnie na całokształcie trudu roboczego.
A nie spoczywała nigdy, łącząc zawsze pracę zarobkową z dziełem społecznym.
Jeszcze za lat młodych, w Łowiczu, stworzyła na własną rękę zaczątek tzw. „bosej akademii”, tj. tajnego nauczania w kompletach, które później, ujęte w ręce p. Cecylii Śniegockiej17, rozrosło się do takich zdumiewająco potężnych rozmiarów, że stało się hasłem obowiązującym całe Królestwo i dzielnicę wielkopolską.
Swoim spokojnym imperatywem, któremu podlegało zawsze jej otoczenie, pobudzała Męczkowska do życia umysłowego całe ciche, zielenią umajone miasteczko. Nie dosyć, że pod batutą swoją zorganizowała panny miejscowe w szeregi tajnych nauczycielek proletariatu; nie dosyć, że przy pomocy ich stworzyła ukrytą przed wzrokiem władz bibliotekę, która w kilkanaście lat później została zalegalizowana, ale jeszcze poza tym dla nich samych urządziła uniwersytet wakacyjny, w myśl, że dając z siebie, trzeba coś w zamian otrzymywać.
Zjeżdżali się co lato studenci z różnych wydziałów. Zapędzała ich młoda emancypantka do wykładów. W aptece miejscowej odbywały się lekcje chemii i fizyki doświadczalnej. W jakiejś pustej szkole — matematyki. Latająca akademia gromadziła całą inteligencką młodzież miejscową. Odbywały się wspólne wycieczki krajoznawcze, pełne życia, wesołości, ale zawsze o silnym intelektualnym zabarwieniu.
W okresie wytężonej podziemnej pracy polityczno-narodowej należała Męczkowska do organizacji tajnego Związku Młodzieży Polskiej i była członkiem Ligi Polski, późniejszej Ligi Narodowej, która wydawała „Przegląd Wszechpolski”, sprowadzany zza kordonu pod grozą więzień i katorgi.
Nie uniknął z tego powodu zamknięcia na lat parę nawet obcy poddany, Czech — Jarosław Swoboda, gorący polonofil, który sam zaofiarował usługi swoje w przewożeniu bibuły. Przyłapany z transportem pisma przez władze rosyjskie, został osądzony jak każdy „niebłagonadiożny” (krajowiec). Z konspiracyjnej pracy wyszła pani Teodora szczęściem cało.
W 1891 r. z inicjatywy i pod przewodnictwem Pauliny Kuczalskiej-Reinschmit powstało przy Muzeum Popierania Przemysłu i Handlu tzw. Koło Pracy Kobiet, które zgromadziło cały bojujący feminizm współczesny. Na obrady, które odbywały się w mniejszych i większych salach muzealnych, przyjeżdżały często (rozumie się nieoficjalnie, co byłoby niedopuszczalne) członkinie zza kordonów. Echa posiedzeń odbijały się w prasie, niosąc projekty tolerowanych przez rząd zaborczy robót społecznych, z akcją równouprawnienia związanych.