Od lat najmłodszych stała Tylicka zawsze pod sztandarem radykalizmu, ale nie raz, nie dwa wpadała na prawicowe katedry, gdy trzeba było rzucać hasła niecierpiące zwłoki. Zdarzało się, że jakimś nagłym odskokiem na lewo robiła niespodziankę prawicy, ale jej samej nie wprawiało to nigdy w kłopot. Co najwyżej odbiło się małym zamieszaniem, o którym zapominano szybko.

*

Historia życia „pani doktor” jest już sama przez się stwierdzeniem zwycięskiego pochodu w walce o równe prawa. I nie tylko to, ale w dążeniu do wyzwolenia Polski z pęt niewoli, brania udziału w każdej czynnej akcji zapowiadającej świt narodowej swobody.

Córka irredentysty-sybiraka20 z 63 roku, z domu wyniosła zarzewie buntu i nienawiści dla Moskali. Wychowana w zakładzie ciotki swojej, Budzińskiej, przełożonej bardzo znanej i cenionej pensji w Warszawie, umacniała się w żarach swoich patriotycznych. Duch konspiracji czaił się po kątach pensji, rozdmuchując płomień walki.

Po skończeniu czterech klas pensji przeszła do gimnazjum rządowego, żeby zdobyć maturę. I wtedy po raz pierwszy obiegło Warszawę głośne później nazwisko naszej działaczki. Uczennica piątej klasy, Justyna Budzińska, miała odwagę wstać z ławki i zaprotestować po polsku (o zgrozo!!!) przeciw oszczerstwom nauczyciela Moskala, urągającego Polsce po pijanemu.

W popłochu, w zamieszaniu, w zdumieniu półprzytomnego belfra, który nie wiedział, co począć z niesfornym podlotkiem, wyszła spokojnie z klasy, żeby już do niej nie wrócić. Jest znowu na pensji u ciotki-patriotki. Wtem ojciec umiera. Liczna rodzina zostaje w twardych warunkach. Nasza buntownica już od szóstej klasy musi zarabiać na własne utrzymanie. Kończy jednak pensję, zdaje maturę, otrzymuje dyplom i jedzie w świat na belferkę — z marzeniem o medycynie.

Na wsi — dziewczyna 18-letnia już działa. Jakżeby? Przemaga lękliwość pracodawców, skupia dzieci wiejskie i prowadzi szkółkę potajemną. Prócz tego zbiera składki na skarb narodowy (inicjatywa T. T. Jeża21) i dokształca się sama nocami.

Po pięciu latach — z pięciuset rublami w kieszeni — rzuca karierę nauczycielską, dwieście rubli zostawia ciotce, byłej przełożonej, której władze rosyjskie zamknęły pensję za działalność patriotyczną, z trzystoma jedzie do Paryża. Wstępuje na medycynę. Nędza wśród studentów szalona. Trzysta rubli topnieje we wspólnej kasie, ale dusza pełna radości. Może się uczyć. Jest w otoczeniu, które ją porywa. Potężnie oddziaływa na nią Limanowski22. Socjalizm, oparty o gorący patriotyzm... Przyszło to jak objawienie...

Studenteria polska w Paryżu należała przeważnie do związku socjalistycznej młodzieży, tzw. „Zetzetowiczów”23, którzy byli w stosunkach z wodzami międzynarodowych socjalistów. Poznała wówczas Budzińska Guesde’a, Jaurèsa, Lafargue’a, Ławrowa, Plechanowa i innych. Aresztowanym Polakom, którzy z Zurychu przed miejscowymi szpiclami uciekli do Paryża, nosiła obiady w menażkach. Skarbniczka „Spójni”, wyduszała dla młodych zbiegów pieniądze, skąd mogła. Całą tę paczkę (należeli do niej: były Prezydent Rzeczpospolitej Polskiej Stanisław Wojciechowski, Edward Abramowski, Jędrzejewski, Feliks Perl i inni) puszczono po tygodniu i okrętem odstawiono do Londynu. Ale koleżanka Budzińska znalazła sobie inne pole działania. Ona i kolega Motz wyuczyli się masażu. Jeden pacjent trzy razy w tygodniu po pięć franków każdorazowo już zapewniał obiad w restauracji robotniczej lub dorożkarskiej za franka masażyście, a także któremuś z głodnych towarzyszy (wspólnota kas obowiązywała). Wieczorem piło się herbatę, pogryzając bułką. Za to na mansardach wrzało. Grzmiały argumenty. Biły w powietrze protesty. Wyładowywał się żywioł młodzieńczych zapałów. Krzepły osądy i wykuwała jedność. „Każdy za wszystkich, wszyscy za każdego...”

W 1893 r., jadąc do kraju na wakacje, przewoziła Budzińska bibułę. Bezczelną odwagą, przytomnością umysłu, konceptami, dowcipem, wydobyła się z awantury. Dopomógł jej przy tym Andrzej Niemojewski, który mieszkał wtedy na pograniczu.