Historia naszych pierwszych studentek to jedno niewyczerpane źródło hartu, woli, energii. Jeden długi łańcuch samo wyrzeczeń, głodu, chłodu. Jeden pochód krzyżowy ku celom umiłowanym. Twardy, niezmożony wysiłek, który dając światu wielkie uczone Polki, okrył chlubą kraj nasz w dobie, gdy go już i jeszcze nie było na kartach Europy.

III. Grupa krakowska

Kazimiera Bujwidowa

Byt polityczny Polski pozwolił kobiecie tylko w byłej Galicji stanąć do walki czynnej o równe prawa. Tam też prowadziły ją w ścisłej ideowej łączności z Warszawą najwybitniejsze działaczki z końca XIX wieku, bądź stale, bądź czasowo zamieszkałe w Małopolsce Zachodniej i Wschodniej.

Bujwidowa była jedną z najśmielszych, najbardziej nieustraszonych partyzantek ruchu kobiecego. Walkiria122, której nie zmogły najzawziętsze prześladowania wrogich obozów, najzuchwalsze podjazdy i otwarte ataki prasy, najtwardsze kłody, rzucane pod nogi w marszu na przełaj po przez kolce i zasieki nieustępliwych przesądów.

Trzęsły się różne „Śmigusy”, „Diabły”, „Głosy narodu”. Huczało od niewczesnych konceptów. „Bujwidowa organizuje składkę na pieluszki dla studentek, którym się wydarzył przypadeczek”... Fruwały karykatury, plotki, bezecne potwarze. A ona szła swoją drogą ognistą z bronią słowa i wiarą w hasło rzucone.

Gimnazistki, studentki, absolwentki, licencjantki, doktorki, docentki dzisiejsze, jak wy nic nie wiecie i nie myślicie o tym, co było!...

Zdaje się wam, że ot, pewnego jasnego południa otwarto przed wami na ścieżaj drzwi męskich uczelni. Weszłyście przez nie z hardym uśmiechem, jakby to była wasza zdobycz i konieczność waszych czasów. Narzekacie na mękę przedmaturalną, na wystawanie w ogonkach przy zapisach do uniwerku, na zbyt lub mało uprzejmych kolegów. To jedyne trudności tych z was, którym ojciec, matka, brat, życzliwy wujaszek albo lekcje opatrznościowe zapewniają utrzymanie. Wchodzicie do auli, jak na spacer. Profesor X uśmiecha się przyjaźnie. Profesor Y nie widzi was wcale i zaczyna wykład ostentacyjnie od „Szanowni słuchacze!...”. Jeszcze inni „czepiają się” przy egzaminach. Ale bądź co bądź jesteście, uczycie się. Wrota szeroko rozwarte. Nikt nie ma prawa zabronić wam wejścia.

A Bujwidowa marzyła o medycynie i miraż na zawsze został mirażem... Niezrealizowane porywy i dążenia osobiste były jak ten lont pod przyczajone miny aspiracji, rojeń, tłumionych westchnień tysiąca kobiet.

W 26 roku życia przyjeżdża do Krakowa już jako matka trzech córek i z myślą o nich, a wraz z nimi o całym ogóle dziewcząt polskich, wstępuje w bój zapamiętały. Przede wszystkim z profesorami o dopuszczenie kobiet do studiów na wszechnicy jagiellońskiej. Jeden z nich odgraża się, że „prędzej mu włosy na dłoni wyrosną, aniżeli na medycynę wstąpi jakakolwiek studentka”.