Brat jej męża był redaktorem „Kaliszanina” i zachęcał ją do pisania. Dała mu jakiś jeden, drugi artykuł treści społeczno-historycznej. Poszły za nim dalsze. Zaczęła pisać do prasy warszawskiej. Powodzenie było nadspodziewane. Przyjmowano, drukowano i oceniano — twierdzi sama — ponad wartość.

To było już drugie posunięcie na tej linii, na której nie miała nigdy spotkać oporu. Gdzie jakby spod ziemi wyrastali przed nią ludzie wskazujący jej pełne, wybujałe kwiaty w ogrodach, przez które szła. Tylko schylić się, zerwać...

Schylała się, zrywała, nie wiedząc, że wkrótce to jedno, te kwiaty pomyśleń, te ogrody pracowitych poczynań intelektu, te wymarzone gaje wiedzy już tylko jej zostaną. Wszystko inne zamknie się bezpowrotnie.

Po śmierci męża przyjechała do Warszawy. Po stracie dziecka od razu twarde, mocne postanowienie: wstąpi na uniwersytet.

Idzie po radę do Kuczalskiej-Reinschmit. Otrzymuje programy, adresy. Genewa, naturalnie Genewa. Tam, aż do wybuchu wojny — ognisko studentów polskich, rzuconych zagranicę.

Jest w Genewie. Czego się uczyć? Nie wie. Nic, nic nie wie. Stanęła na rozdrożu. Wirują w myślach głupie, luźne strzępy wiedzy. Trochę historii, trochę literatury, trochę społeczności. Publicystyka. Jak zlepić to? Co powiedzieć profesorom? Jak wydobyć z siebie całokształt chcenia i zrozumienia?

Wtem przypomnienie. Ankieta socjalno-ekonomiczna w Tomaszowie. Kwiat, który wyrósł przed nią nagle w ogrodzie dla niej przeznaczonym. Ręka mądrej kobiety, która go wskazała.

Przycichają wahania. Jedno postanowienie: „Sciences sociales141. Spokój. Głos wewnętrzny: „Tak stać się musiało”.

Ale — brak świadectw szkolnych. Brak matury. Nic nie skończyła. Niczego nie uczyła się programowo. Wolną słuchaczką być nie chce. Musi pracować gruntownie, porządnie i zdawać egzaminy jak student-absolwent.

Była wówczas w Genewie dr Lipnowska, opiekunka Polaków. Był profesor Laskowski, anatom, ceniony, uwielbiany. Jego podpis — już jak matrykuła142.