Uczono ją francuskiego, muzyki, tańca, no i zapewne wykwintnych robótek, wszystkiego, co było niezbędne dla dobrze wychowanej panny z końca XIX stulecia.

Pensja — pod żadnym warunkiem. Zepsucie. Zgorszenie. Zresztą, zapewne nie wypadało. Ojciec nie pozwalał. Matka musiała dać słowo, że nie wyłamie się nigdy spod tej klauzuli. Panienki z „dobrych domów” kształciły się wówczas w kompletach, po kilka, skrupulatnie dobrane, przefiltrowane przez opiniodawcze sądy ciotek, babek, kuzynek.

Uczyła się więc w takim komplecie, tajnym oczywiście, jawne pod rządem rosyjskim były nie do pomyślenia, dziewczynka, podlotek i dorastająca już panna Helena. Wiadomości jej były nieuporządkowane, ale rodzina nie miała na tym punkcie ambicji, a mąż późniejszy tego nie potrzebował.

Mąż — lekarz w Tomaszowie. Tam zamieszkała po ślubie.

Skąd o jej istnieniu dowiedziała się Paulina Kuczalska-Reinschmit w Warszawie? To rzecz niezbadana. „Papież feminizmu” miał przedziwny dar wyławiania z najzapadlejszych kątów prowincji co ciekawszych i zdolniejszych umysłów kobiecych i gromadzenia ich pod swoim sztandarem.

Poszło do p. Witkowskiej zaproszenie na jakiś odczyt czy posiedzenie w Warszawie. Nie mogła skorzystać z niego. Nie przypuszczała jednak, zrozumiawszy po latach dopiero, że list Reinschmitowej to było pierwsze posunięcie na tej linii życia, która potoczyła się dla niej równo, bez załamań, bez wyrw tragicznych — na linii naukowej, publicystycznej i pedagogicznej pracy.

List, jakich wiele, suchy zapewne, lecz niby kula ognista przeznaczeń rzucona w przestworza, która musiała w nią trafić. Ślepy los.

W jakiś czas później otrzymała z „Koła Pracy Kobiet” pani Kuczalskiej kwestionariusz w sprawie warunków bytu i pracy robotnic fabrycznych. Do zbierania odpowiedzi zabrała się z całym zapałem głodnego swego intelektu, nie przeczuwając doniosłości sprawy dla następnych swoich przeżyć.

Odesławszy wypełniony z pietyzmem kwestionariusz, uczuła pustkę.

Co dalej?