Działalność jej obejmowała szerokie kręgi. Założyła 23 instytucje. W tym dwie szkoły dla analfabetów, szwalnie, ludowe szkoły zimowe, koła uniwersytetów ludowych, czytelnie ludowe, dwa kluby polityczne, kluby i kółka samokształcenia, biuro porad zawodowych dla kobiet, biuro Czerwonego Krzyża, oddział Ligi kobiet w Stanisławowie, biuro dla zaginionych jeńców, a także Sekcję Kobiecą Obrony Państwa w Nowym Sączu itp.
Obdarzona darem żywego słowa, wygłaszała odczyty, jeżdżąc z nimi nieraz na daleką prowincję. Poruszała przede wszystkim zagadnienia z dziedziny ruchu kobiecego, spraw młodzieży i dzieci. Pisała też dużo. Współpracowniczka jedenastu czasopism polskich, posyłała przy tym stałe sprawozdania do „Jus suffragii” w języku francuskim. Do ciekawych jej prac należą: Idee demokratyczne a kobiety, Lot sokoli, tłumaczony na język czeski i chorwacki, Z tajemnic życia domowego itd. W rękopisie zostały: Czego żąda nowoczesna kobieta? i Krzywda kobieca.
Dom pp. Gerżabków był punktem oparcia dla miejscowej i przejezdnej inteligencji. Przesunęło się przez ciche, skromne podwoje dużo ludzi wybitnych z Konopnicką, Przybyszewskim, Niemojewskim na czele. I dużo ze sfer włościańsko-robotniczych, które dźwigała Gerżabkowa swoim duchem świetlanym.
Prof. Baudoin de Courtenay152, tak biegunowo różny w światopoglądzie na rzeczy „ostateczne” od M. Gerżabkowej, napisał o niej do męża jej: „Nie wiem, czy w ciągu mojego długiego żywota poznałem pięćdziesięciu wielkich ludzi. Otóż wielką w gronie tych największych była pańska żona. I nie wiem, czy poznałem dziesięciu prawdziwie dobrych ludzi. Mniejsza o to. Najlepszą z nich była pańska żona”.
W ostatnich latach życia ogłuchła, zaniewidziała. Okrutny, beznadziejny pochód sklerozy zaatakował nawet mowę. Dotknięta tym strasznym bezwładem, całą prężność umysłu zwróciła ku sprawom zaświatowym. Rozwibrowała się dusza jej talentem poetyckim. Dyktowała wiersze, nacechowane liryką najczystszych uniesień, pełne pokory i nadludzkiej słodyczy, z jaką znosiła mękę dni swoich.
Zmarła w Nowym Sączu w 1928 r., opłakiwana przez rzesze przyjaciół i tych wszystkich, którym czyniła dobrze.
IV. W kraju i za granicą
Melania Rajchmanowa (I. Orka)
Głośne były w latach 80. aż do jakiegoś 1909 r. salony pp. Rajchmanów. Przesuwał się przez nie co przedniejszy intelekt Warszawy. Gromadzili się literaci, artyści, dziennikarze. Zasiadali w fotelach pod palmami uczeni, słuchając gry, śpiewu, deklamacji pierwszorzędnych mistrzów, swoich i obcych. Nie było wirtuoza, którego by nie znęciła w niedzielne popołudnie bujna, artystyczna atmosfera domu wydawcy i redaktora „Echa Muzycznego”. Witała gości drobna, szczupła kobieta, zawsze uprzejma, zawsze pogodna, mimo ciężkich trosk swoich i umęczenia życiem światowym. Z dziwną precyzją, nikła, prawie niewidzialna, umiała łączyć z sobą znajomych i nieznajomych, nawiązywać nić rozmowy, wytwarzać nastrój swobody.
Nikt nie podejrzewał w niej bystrej publicystki i pełnej bujnych pomysłów społecznicy. Była zawsze cieniem samej siebie. Kryła się pod pseudonimami.