Bujność pomysłów jej nie miała granic. Po rozmowie z nią wychodziło się w oszołomieniu różnolitością perspektyw działania, jakie rzutowała — zawsze mądrze, bystro, celowo. Ginęła większość zamierzeń, nie do urzeczywistnienia w żelaznych kleszczach niewoli. Ale z jutrznią wyzwolenia miało dokonać się wszystko.

Wierzyła Orka święcie w bliską niepodległość Polski. I było to dziwne w dniach, kiedy skarb wolności wydawał się tylko mirażem. W listach paryskich z 1910 r. wykazywała konieczność studiów samorządowych i parlamentarnych dla dobra niedalekiej Polski. Komuś z bliskich swoich przepowiedziała, że obejmie wkrótce katedrę w Uniwersytecie Warszawskim.

Prorocza była ta jej niezłomna ufność w zmartwychwstanie kraju. I dlatego tak gorąco, tak żywiołowo zabiegała o czyn w Polsce. Dlatego taką wielką życzliwością darzyła tych, co budowali swoje gmachy. I z taką radością, jak niegdyś nasz Prus genialny, witała każdą cegiełkę w murze mądrych poczynań.

Zmarła na obczyźnie, nagle, z daleka od swoich, nie doczekawszy tej wolnej Polski, którą miała w sobie.

Śpi dziś spokojnie serce strudzone i myśl niegdyś żywa. Śpi cicho wątła kobieta, przez której salony przesunęła się cała Warszawa, nie wiedząc, kto ją wita. Wyciągały się jej ręce do jednodniowych znajomych, a duch wypatrywał czujnie i bacznie, kto z nich stanie w rzędzie budowniczych Polski?

Maria Szeliga

Było to w roku, zdaje się, 1877. Wracałam z towarzyszką swoją po jakiejś letniej tułaczce do Warszawy. Na stacji Granica155, do któregoś przedziału wskoczyła młoda szczupła blondynka o pociągłych rysach i szlachetnym profilu.

— Maria Szeliga — szepnęła towarzyszka moja, która ją widziała na jakimś zebraniu.

Szeliga...

Czytano wówczas namiętnie głośną jej powieść Hrabina Elodia i opowiadano dziwy o autorce.