Miała to być ekscentryczka, która zerwała z bogatą rodziną dla jakowejś chimery — pracy z ludem, wśród ludu, nad ludem, czy coś tam...!

Nazwisko jej, raczej pseudonimy (miała ich kilka) były na ustach wszystkich.

Młodość goni za sensacją. Nie namyślając się długo, wskoczyłyśmy do tego samego przedziału. Pociąg ruszył. Jak zaczęła się nasza rozmowa, już dziś nie pamiętam. Oznajmiła nam, że wraca z przedstawienia sztuki Jerzego Horwata Szczęście Walusia, która miała olbrzymie powodzenie w Krakowie. Oklaski, kwiaty, wywoływania...

— Jerzy Horwat to pseudonim kobiety — odezwała się towarzyszka moja, patrząc badawczo w oczy rozmówczyni.

Blada twarz o szlachetnym profilu drgnęła. Usta poruszyły się nerwowo. Chwila wahania. Nareszcie miękki, śpiewny głos:

— Jerzy Horwat nie jest pseudonimem kobiety. Znam osobę tego nazwiska dobrze. To mój brat. Jesteśmy z bliźniąt i wszystko nas łączy: wspólne marzenia, nawet wspólne chimery...

Białe policzki rozpaliły się rumieńcem. Spłynęła opowieść o Jerzym Horwacie, młodym zapaleńcu, który rzucił rodzinę, nie mogąc dostosować się do wymagań pustego, pałacowego życia. Rwało go w świat. Ponosiła ciekawość. Tłukł się w piersiach bunt przeciw konwenansom tzw. wielkiego świata.

Mówiła. Nie przerywałyśmy jej. Tylko porozumiewawcze nasze spojrzenia stwierdzały mistyfikację.

Wiedziałyśmy doskonale, że Jerzy Horwat to ona. Huczało w mieście. Rzucała domyślniki prasa.

Pociąg pędził. Koła warczały. Jerzy Horwat żalił się, że ciasno mu wszędzie. Że dusi go mała Warszawa. W świat! Jeszcze nie wie, dokąd, ale... musi... Może ona z nim... Bo ich dwoje to jedno...