Słucham i łzami nabiegła źrenica.
Okropny hałas, tysiączne okrzyki,
Wybuchy gniewu, szlochania boleści,
I wycie mężów, i lament niewieści.
Zgiełk przeraźliwy tak rozlicznych wrzasków
To wre naprzemian, to się społem zetrze,
Jako tumany afrykańskich piasków,
Kiedy się zerwą i zmącą powietrze.
(Przekład A. Mickiewicza).
Ten sposób tworzenia nie ma w poezyi równego; trzeba go znowu zestawić z malarstwem późniejszem, — nie z dziełami Giotta, sztywnemi jeszcze i jednostajnemi, lecz z Michałem Aniołem lub mistrzami szkoły weneckiej. Rafael wydałby się jeszcze zbyt symetrycznym i spokojnym. Nawet Rubens w swych sądach ostatecznych jest zbyt jednostajny, przez ów koloryt zielono-siny i przez układ, w którym stale powtarza się motyw spadania z góry w dół, i wzlatywania z dołu do góry. Ta swoboda rysowania niezwykłego ruchu i grup, ta intuicyjna znajomość scen i póz niezdarzających się w rzeczywistości, ten puls namiętny, gwałtowny — są wogóle czysto malarskie. Drga w nim ów nerw improwizacyi szybkiej i polotnej i hojnej właściwej tylko Włochom, a zarazem pewna szlachetna i urocza płynność koncepcyi. Prawie że nie pragniemy, ażeby w tych grupach niemożliwego lotu było więcej logiki i usprawiedliwienia. Przy nich realizm wydałby się brutalnym, kiedy nawet okrzyczany za szorstki realizm Caravaggia jest dziwnie szlachetny i poetyczny; proszę wziąć jego „Złożenie do grobu” w Watykanie i porównać z niem wiszące w sąsiedniej sali płótna ostatnich dni — jaka w nich grubość, trzeźwość i biała, codzienna jasność!