Dlaczego ludzie zakrywają oczy na to światło charakterystyki, które bije z każdego słowa poety? Ach, Dante ma żarliwych swej cnoty obrońców: gdybyż tylko chcieli i umieli czytać jego miłosne pieśni! Wtedy uderzyłyby ich jeszcze inne symptomata. Oto musieliby się zdziwić tem, że nawet piętnując i karząc zbrodnię zmysłów, poeta zdradza zbyt dokładną jej znajomość. Szczerość jego oburzeń na wyuzdanie stoi tak wysoko, że byłoby śmiesznem odmawiać jej miana prawie świątobliwej, a jednak został w niej ślad pyłu ziemi — coś niepochwytnego, co wypływa z nazbytczęstego do tych grzechów powrotu. Tak np. dla Juliusza Cezara, któremu przypomina, że go nazwano niegdyś „królową” — słowem kobietą, jest za mało surowym; lecz jakże nieubłaganym okazuje się dla jego zabójców, Brutusa i Kasyusza! Niewątpliwie, rozluźnione obyczaje „nierządnicy” Florencyi nastręczają sposobność częstej chłosty i raz po raz przyciągały ku sobie ironię poety, lecz same też składały się na zaczarowane koło, z którego i Dantemu trudno było się wydostać.

Może-by nawet owi obrońcy przyszli do przekonania, że całe arcydzieło jest tylko poetycką ekspiacyą obłędnych i stromych ścieżek zmysłowości.

Trzyma się więc dotąd niezachwianie to, co stary Boccaccio przekazał potomnym o znajomym, acz starszym o całe pokolenie, poecie: że zdolny był do wielkich w miłości wybryków. Namiętna a wzgardliwa opozycya niektórych (Scartazziniego głównie) nic a nic nie osłabia ogólnego głosu opinii, który do dzisiejszego dnia przetrwał i brzmi nawet coraz donośniej. Zyskał on nawet potwierdzenie teoretyczne w tej prawdzie nowoczesnej, że większość najwznioślejszych geniuszów grzeszyła bądź bujnością, bądź wyrafinowaniem miłosnem. Świat przestał się gorszyć; stał się bardziej wyrozumiałym i poniekąd nawet rozumie, że wielkie orgie erotyczne warunkują nieraz potężne wzloty uduchowienia i że śpiewaków rozkoszy i artystów miłości nie należy mieszać z zwyczajnymi rozpłodowymi i brutalnymi samcami. Wiedziano o tem u nas przed laty czterdziestu, a Korsak, pierwszy tłómacz polski Boskiej Komedyi, zupełnie współczuje jej twórcy: „Im więcej gdzie jest światła, cień bywa mocniejszy. Natura wielkich ludzi, odsłaniając nam ich słabą stronę, zdradza zarazem swoję skazę pierworodną, jakiej my wszyscy, wielcy i mali, zarówno jesteśmy podlegli.” Tak-eśmy odwykli, rzeczywiście, uważać Danta za człowieka, iż zapominamy o tem. Ale słuchając jego przeczystych hymnów do Matki Boskiej — w ostatniej pieśni Nieba, zapominamy jednocześnie, że ci bogowie, którym był podobny, których opieki i natchnienia wzywał nawet na progu raju, kędy przecie dla niewiernych miejsca wcale być nie może, mieszkali na Olimpie, i że cały będąc pod ich wpływem i cały przenikniony tchnieniem antycznego świata — całkiem naturalnie musiał iść za przykładem bogów... Kto wie, może nawet, jak oni, spuszczał niekiedy deszcz złoty, skoro, choć z domu zamożny, tyle długów narobił.

Z tym rysem — pewnej zniewieściałości — szło w parze roztkliwianie się nad sobą samym, artystyczny egotyzm, który również świat lubi mieszać z egoizmem, choć jest on po prostu wytworem nadmiernego wezbrania uczuć, zarówno bolesnych jak rozkosznych. Tyleż one mają wspólnego z samolubstwem, ile bujna miłość z grzechem. W Dantym skargi i skłonność do żalów nie osłabiły bólu wszechludzkiego: owszem, może go nawet spotęgowały. Tylko doktryner zbawia świat, mając, zamiast serca, kamienny grot; Prometeuszom sęp rozdziera wnętrzności i wyrywa skargi z rozbolałego łona.

Oto skąd się bierze rys niewieści w obliczu Danta: dużo z kobietami przestawał, kochał i tęsknił, a w tej miłości była pieszczota i miękkość. Dużo cierpiał i pragnął, a w tem pragnieniu było sieroctwo i opuszczenie. Lecz jak połączyć ten brak męztwa — jak mawiać zwykła powściągliwa przeciętność — z osławioną dumą i nieugiętym uporem? Bardzo łatwo. Trzeba tylko pamiętać, że duma i hart przekonań to co innego niż duma wieku dziewiętnastego, strojąca się w pozę Renégo, Korsarza, Lambra lub Araba, a która powstać mogła chyba tylko na tle nienawiści do mieszczaństwa i pospolitości, i walki z nadciągającą nawałą europejskich zbrodni XIX wieku. Natura włoska rozumiała najmiększą nawet i najłzawszą spowiedź serca — a płacząc bóle swoje — można było zakląć w słuchaczów całą Toskanię. Między Florencyą czasów Danta a każdą stolicą naszą dzisiejszą jest pewna różnica. Mógł też Dante bez uchybienia swej godności pisać do Florentczyków płomienną epistołę: „Narodzie mój, cóżem ci złego uczynił?”, mógł „wystawiać na pokaz swoje rany przez los mu zadane we wszystkich ziemiach, gdzie mowa włoska rozbrzmiewa,” nie taić łez, któremi oblewał gorzki chleb wygnania. Nie uczyniłby tego ani Byron, ani Shelley, ani Wiktor Hugo, ani Heine: ci szyderstwem pokryliby może tęsknotę, ale jego potęga nic na tem nie cierpi, bo zawsze i wszędzie był sobą; nawet w przymierzach z partyami stoi po nad niemi, pogardliwy dla ich małostek i jaskrawych gałganów, sztandarami zwanych, a w swem dążeniu do ideału stoi niewzruszenie ponad światem całym.

Stało się zwyczajem — i słusznie — mówić o alma sdegnosa, duszy wzgardliwej, przezierającej z rysów Danta. Lecz jeśli gdzie wyraz ten występuje naprawdę i nie jest czczem złudzeniem, jak w szablonach zwykłych portretów, to w Dyspucie Rafaela. Tam, do Stanza della Segnatura w Watykanie, niechaj idzie kto chce zobaczyć prawdziwą potęgę umysłu. Wielki malarz sprostał wielkiemu poecie. Twarz Danta, żywa aż do nieprawdopodobieństwa, mówi do nas demoniczną satyrą. Lecz to nie uśmiech satyra, jeno wściekłe zadowolenie mędrca na widok czyjegoś zbłaźnienia się: to tryumf nadludka, który patrzy na nikczemność i karłowatość ludzi. W jego nasuniętych na oczy brwiach jest coś dziwnie drapieżnego, lwiego, w bystrym wzroku świdrująca krytyka, w zapadłej wardze górnej i kościstym, mocno wysuniętym naprzód podbródku — złośliwa zaciekłość i prawie zajadłość.

Zda się nam, że słyszymy zgrzyty sarkazmu:

Ciesz się, Florencyo! bo tak jesteś wielka,

Że ląd i morze objęłaś skrzydłami,

I w piekle imię twe szeroko słynie!