Mój widok sądem jest, mój płacz przeraża,
Umarli co mię zobaczą, nie zasną:
Bóg może nawet twarz odwróci jasną
Na blask boleści, który ze mnie strzela.
W tem jednak skrzywdził siebie Słowacki, że zawiele oddał Aryostowi; jest bowiem w całej tej fantazyi sam sobą, niezrównanie rodzimy we wszystkiem, co się dzieje dokoła szlachcica z czapką na bakier na głowie, niosącego krwawy zapozew Bogu. Czy gdy Dantyszka niosą aniołowie „nakształt zerwanej stokroci w tęczę złotowłosą”, czy go przeprawia w czarnej łodzi „człowiek, co, wożąc mgły, zarabia chleba”, — zawsze i wszędzie jest to strzelistość olśniewająca „Beniowskiego”, świetne meteory tragedyi, miotającej pioruny, czerepy i węże, rozlewającej się w kałuże krwi, spowitej w straszne kiry, tęskniącej bielą gołębi lub łabędzi.
I dlatego zasadnicza piekła Dantyszkowego tonacya, choć raz po raz czyni wrażenie, jakoby z motywu Ugolinowego wziętą była — ma swoje źródło we własnej jaskrawej fantazyi Słowackiego, do której obraz mąk Ugolina, poprostu, szczególnie przypadał:
Widziałem rzeczy straszne i żałobne,
Widziałem ludzie do wężów podobne
I zrastające się ich ciała z gadem:
Ale ten zdrajca, ośliniony jadem,