Myśl moja coraz trwożniej owija się dookoła Krakowa. Zdaje mi się, że los jego przypieczętowany. Serce się ściska boleśnie.

Jeżeli kiedykolwiek wypadki czyniły wrażenie młota, to właśnie w tej chwili — spadają ciężko, druzgocąco i niespodzianie. Topnieją i pękają nity, spajające skorupę świata.

Kraków był zawsze za nawiasem. Każdy to czuł, że jest on absolutnie schowany i bezwarunkowo bezpieczny. Jest dla nas jak owa najdroższa córka ojca zadżumionych127, do której sam los, zdawałoby się, nie miał przystępu. „Córka? Ja myśleć nie śmiałem o córce”!

Przekonuję się, że z tą miłością dla Krakowa chodzę sam jeden po mieście, może ostatni z Mohikanów128. Śnię o nim na jawie. Słyszę jak ongi, gdym mieszkał na ulicy św. Marka, zaś okna mojej pracowni wychodziły na wieżę Mariackiego kościoła — ów jedyny na świecie hejnał o północy, nad miastem uciszonym, w powietrzu pełnym zapachu bzów i akacji, kiedy wszystko, domy i ludzie, wstrzymywało dech, by słyszeć lepiej cud zwiastującą trąbkę, kiedy natchniony plein air129 czerwcowej nocy rzeźwił jednocześnie i upajał.

Nie bój się, czytelniku, nie będę poetyzował na temat Krakowa. Jest to już niepotrzebne. Wszystkie jego głazy, jego Stones of Venice130 i jego wielkie wspomnienia, wyśpiewał i wciąż śpiewa Wyspiański, ten wiekuisty dzwon Zygmuntowski, ten wiekuisty złoty róg Sarmacji. Dziś go przygłuszyły drobne dzwoneczki błaznów narodowych, ale przyjdzie czas, kiedy zagrzmi na nowo w duszy Polaka całym swoim harmonijnym majestatem, a w nimbie131 niebiańskich obłoków ukaże się znowu czcigodna pustelnia, w której z Bogiem obcował św. Antoni i św. Pafnucy.

Dlaczego myśli ludzkie nie są jak bomby? Posłałbym wtedy te swoje najgorętsze, najczulsze do poczciwych owych redut w krakowskich kawiarniach, w których załoga, wiecznie spokojna, wesoło gwarzy o sztuce, nauce, polityce. Zostawiłem tam braci i przyjaciół, zacne cygany132 lub oryginały, z którymi rozprawiać tak miło! Jeśli ci się udało wyprodukować jakąś idejkę lub koncepcję, jeśli mózg twój nie zwapniał jeszcze, bądź pewnym, że tam cię wnet odczują, zrozumieją; w każdym razie myśli twych nie zasypią swarliwym usypiskiem słów, chęć twą uszanują, nie zadławią jej próżnością, zazdrością, nie zamienią zwierzeń w kole towarzyszów na targ, na kłótnie, nie ośmielą się tumanić sofizmatami133. Tam jeszcze przechował się zwyczaj ojczysty, a więc paryski mówienia starszym „mistrzu”. Tam cynizm w życiu, w zwyczajach, wobec kobiet, w rzeczach pieniężnych — kończy się nagle w kole, w którym obiega myśl. Tam zuchwalstwo karierowicza milknie wobec rozmowy o Cézannie134 lub Hodlerze135. A Jackowi Malczewskiemu bezkarnie uchodzi być śmiesznym w swych staroświeckich czapkach, kamizelkach i futrach, wolno mu mówić szeptem i zmuszać cały stolik do pochylania się i nadstawiania uszów — albowiem wiedzą wszyscy, że to wielki Polak i wielki artysta.

Te zawsze święte groby królów i wielkich twórców użyźniły grunt pod niespożyty pietyzm dla wielkich spraw kultury. Śród pozornej senności — żywię entuzjazm dla spraw wielkich. Wielcy i mali, bogaci i nędzni zespolili się w bogobojności przed glorią ołtarza Jagiellonów.

Jest w tym Krakowie coś niewymownego. Może iść na służbę Habsburgów, może szukać pełniejszego żłobu, może rozpolitykować się aż do ostatniego matactwa136 — ale żadna siła nie oderwie go od wielkiej przeszłości. Tkwi ona w grodzie jak kościec, jak kręgosłup, i nie dopuszcza, żeby fajtał137 na coraz to innym wietrze, jak sztuka bielizny przyczepiona do sznura w ogrodzie lub jak — Warszawa.

Zda się, że przesławne tradycje królów i piastowska prostota bronowiczan138 i innych chłopów, razem niby granitowy cokół139 podtrzymują łączność teraźniejszości z przeszłością, podsycają upadającą dumę grodzką, rozżarzają gasnącą radziecką inicjatywę. Sprawiają, że nawet kołtun krakowski, gdy go w gruczoł właściwy naciśniesz, zaśpiewa ci Boże coś Polskę, aż ciarki cię przejdą, i nie odmówi ofiary na zbogacenie i upiększenie miasta.

Duch przeszłości prosty i kwitnący okala miasto jak wiankiem. Wcielił się też w Planty, kompozycję prostą a rozłożystą. Tylko naiwny a hardy geniusz miasta mógł się zdobyć na myśl, żeby serce jego, jego czcigodny, starożytny kadłub otoczyć wiankiem — zieleńcem, jak bywało, że na godach książęcych przystrajano wiankami ukochane dziewoje.