Sposóbmy się do wytrzymania tego nowego ciosu, a czyńmy to prędko, żeby przypadkiem nie oszaleć. Nie dadzą nam bowiem czasu Niemcy na przygotowywanie się powolne. Antwerpia nie będzie się trzymała długo — już poprzez wszystkie uspakajające biuletyny przewija się jak wąż przeczucie, coś nawet jeszcze gorszego — z trudem tajony fakt, że wielkie, mądre miasto już, już wydaje ostatnie tchnienie. Nikt nie wierzy zapewnieniom o niezdobytości potężnych fortów antwerpskich; wszyscy wierzą tylko w bezgraniczne bohaterstwo Belgów, w Leonidasa-Alberta i w bezowocność jego wspaniałego męczeństwa. Obiecane posiłki angielskie i francuskie nie nadchodzą, bo i skądżeby? Czyżby nagle armie sprzymierzone się rozmnożyły? Czyż można nagle urodzić tylu żołnierzy, ilu wróg posiada złodziejów i grabieżców? Czyż łupieżca nie był po wszystkie czasy plenniejszy i mocniejszy od wojownika?
Jakiś pomruk złości idzie w stronę Anglii, że nie ocala Antwerpii, że nie przysyła wojsk. Nie tak to łatwo! Ludzie, czyż wy nie widzicie, że Wielki Albion162 odwykł od wojny, że rdza niemieckich wpływów i jego nadżarła? Czyż nie rozumiecie, że mowy Asquitha, Grey’a, Churchilla163 dlatego są tak płomienne, że chcą zapalić naród do wojny i że to im idzie opornie?
Jest to chwila szczególnie zła. Bo i do nas Hunowie się zbliżają.
Kartka bez daty
— I cóż pan na to?
— Na co?
— Jak to, nie słyszałeś pan?
— Nie, nie słyszałem.
— Jak to, nie słyszałeś pan, o godzinie wpół do szóstej rano?
Słowom tym towarzyszył uśmiech niedowierzania i zarazem politowania. Było w nich prawie coś obrażającego, tak że z chęcią uczyniłbym odwrót i powiedziałbym: „A tak, tak, słyszałem” — ale nie wiedziałem co. Czułem, że trzeba się koniecznie ratować kłamstwem, bo i dwaj uczestnicy naszej rozmowy patrzyli już na mnie z pewnym szyderstwem — ale jak skłamać?