A już nie mówię o innych sprzecznościach: Japonia przeciwko Niemcom, swojej nauczycielce. Japonia, której wolno tylko oblegać Kiaoczou223, albowiem Ameryka nie pozwoli jej przepłynąć przez Kanał Panamski. Japonia skazana na specjalność jednego lokalnego zadania w wszechświatowej wojnie — jakież to śmieszne! Niech inni walą w całą kulę ziemską, ty pukaj dziobem w jedno miejsce, jak dzięcioł. I tutaj znowu uczucie naturalne burzy się przeciw absurdowi i roi tysiące obrazów o przyjeździe Japończyków lądem do armii rosyjskiej. Opowiada się cuda o ich nowych działach pod Ossowcem — a potem... pod Warszawą, o pułkach straszliwych miotaczy bomb ręcznych, o pułkach japońskich, przechodzących w mundurach rosyjskich przez — Warszawę.
Słowem — elementarne zasady skojarzeń zostały potargane.
Przeciwieństwem wojny jest rewolucja. Ta wychodzi cała z logiki, gorzej: z logiki w potędze n czyli z doktryny, z jednej uporczywej, konsekwentnej myśli.
Czyżby tak miało być, że czego nie dokonały logika i racjonalizm rewolucji, to sprawi absurd wojny europejskiej: Kruppa walczącego z dzięciołem? Może.
Ale tymczasem wydaje mi się, że z tego chaosu powszechnego, który jest idealnym przypomnieniem chaosu Demokryta — wypadnie tylko chaos, ale nigdy harmonia. Jehowie w jego zarozumiałości będzie się wydawało, że to „duch Boży unosi się nad wodami”224, a to tylko obłoki dymu. Genezis brzmieć powinna inaczej. Z armat powstaje dym, z dymu powstaną nowe wojny i świeże armaty, z armat powstanie nowy dym i tak dalej, ad infinitum225.
Taką właściwie postać przybierze, według wszelkiego prawdopodobieństwa, nietzscheańska teoria „wiecznego powrotu”226.
21 października, w nocy
Urzędy zaczynają wracać. Pomimo straszliwej słoty, życie wstępuje w serca i arterie227 Warszawy. Czymże ta plucha jesienna wobec świadomości, że Warszawa ocalała? Tylko pretekstem do myśli o tym, jak strasznie musi być tam, na polu bitwy. Czyż podobna, ażeby pod tymi potopami zimnego deszczu siedzieli w swoich rowach ludzie, prawdziwi ludzie i strzelali do siebie? Jak utrzymać karabin w ręku, gdy febra trzęsie, jak utrzymać łopatę do kopania transzei228, gdy zimno wilgotne przenika do szpiku kości? Co może te nieszczęsne istoty zagrzewać? Jaka idea, jaki cel? Czy może instynkt zachowawczy? Strach przed śmiercią? Wątpię. Wojska idą przez miasto, znużone, wyczerpane. Takim już wszystko zobojętniało. Chętnie oddałby każdy z nich wszystkie medale, jakie posiada i jakie dostanie, za jedną szklankę gorącej herbaty, za jedną godzinę snu. A właściwie oni sami już nie wiedzą, czy czegokolwiek pragną. Maszerują, bo przed nimi maszerują inni — o i koniec.
Przypuszczam, że zazdroszczą rannym, których wiozą ze wszystkich, zdawałoby się, szos. To pewna, że i od Błonia, i od Pruszkowa, i od Piaseczna. Niektóre wozy posuwają się bardzo powoli, tak nadzwyczajnie powoli, że wydaje się niemożliwym, ażeby konie mogły tak wolno postępować. Chyba że czują instynktem, iż ciągną ciężko, bardzo ciężko rannych i bardzo nieszczęśliwych swoich przyjaciół.
Wieczorem nadszedł komunikat wodza naczelnego zawierający przegląd wszystkich operacji po lewej stronie Wisły na południe od Warszawy. Jest co do czytania. Wódz wynagrodził sobie lakoniczność poprzednich biuletynów, dał wyraz radości, oświetlił zwycięstwo jako stanowcze. Niebezpieczeństwo jest zupełnie zażegnane. Przy tym pochwalił Warszawę i pogłaskał ją po twarzy.