Ale naród właśnie takimi artykułami się upaja — nawet zarówno rosyjski jak i nasz... Albowiem serca nasze biją unisono. Powoli zaczynamy myśleć i czuć po rosyjsku. Stajemy się jedną duszą w dwóch ciałach. Bierzemy cudze gesty, ruchy i odzewki. Nosimy czapki jak studenci rosyjscy, oczywiście nie ci ze stolic, gdzie świat wielki jest i nieśmieszny, lecz owi z Kostrom i Kursków, gdzie grandezzę231 północną oznacza się noszeniem czapki w ten sposób, żeby była przylepioną do prawego ucha i głowy nie osłaniała, a mundur tak kusy, żeby tylna dwu-plastyka widoczna była w całej okazałości.

A mowa nasza z całą słowiańską gościnnością wpuściła do swego mieszkania całe chmary intruzów: mówimy więc na bagnety „sztyki”, na Niemców — „Germany”, zamiast „wyrządzać szkody” „przyczyniać szkody”, zamiast wojenny — „pochodny”, zamiast nacierać — „następować” itd. itd. Przedtem już nauczyliśmy się pisać: „nadzieja na zwycięstwo” i „wątpić w powodzenie” i w pierwszym lepszym numerze pisma na pewno napotkamy co najmniej kilka takich ananasów. Wkrótce wszyscy będziemy tak mówili, jak pan Połusztannikow232 z „Muchy”. Może to i odpowiednie, boć właściwie mamy już tylko połowę portek.

Są to tylko pierwsze zwiastuny gruntownej asymilacji, która już nadciąga, a wnet po wojnie faktem się stanie ogromnym.

Ziemia nasza jest szlakiem olbrzymiej wędrówki narodów. Dwa i pół lub trzy miliony obcego żołnierza o wybitnej odrębności rasy lub może mieszaniny ras przewala się przez Polskę; niepodobna, żeby po nich nie zostało wielkiego etnograficznego osadu, który utworzy całą zwierzchnią warstwę. Przylgną do nas obce zwyczaje, czucia i pojęcia, zostanie niemała część tych nieprzeliczonych zastępów, jako inwalidzi, drobni urzędnicy, kupcy, rzemieślnicy, emeryci, obywatele nieokreślonego zajęcia. Przy tym Warszawa przywróconą będzie do godności wielkiej twierdzy, którą budować będą wielkie znowu legiony rosyjskich robotników i inżynierów. Powiększy się i załoga dziesięciokrotnie. Cieszcie się, kupcy, fabrykanci, restauratorzy i kokoty.

Trzebaż233 pamiętać, że Warszawa spodobała się wędrowcom. Przyglądają się z niesłychanym upodobaniem. Publicyści rosyjscy stawiają ją obok Berlina; zachwycają się jej „europejskością”, podnoszą jej olbrzymie znaczenie geograficzne, ekonomiczne i strategiczne. Słowem, Rosja teraz dopiero przetarła oczy i zrozumiała wysoki gatunek tej stolicy o wspaniałym przepychu martyrologii, krwawo-złotym blasku historyczności, o piękności, która z czasów saskich, stanisławowskich i empiru przedziera się na powierzchnię poprzez formację domów potwornych, ulic jednostajnych i szarych i dzielnic szpetnych.

Rosjanie teraz dopiero pojęli owo coś niepojętego, nieuchwytnego w duszy Warszawy, co jest jako królewna w letargu, zaczarowana w złotej trumnie. Urodzona jest dla korony, trzeba tylko, aby się obudziła...

Pokazaliśmy, czym jesteśmy, jako szafarze miłosierdzia, jako organizatorzy pomocy i samopomocy; zaimponowaliśmy nowoczesnością i dokładnością urządzeń sanitarnych; godnością i wdziękiem naszych kobiet, żarem naszych sympatii, szaloną wrażliwością naszej młodzieży na każdą wielką szlachetną pobudkę. Zrozumiano, że jesteśmy czystym Zachodem, drzewiną, która, gdyby dano jej więcej powietrza, rozrosłaby się w majestatyczny dąb, jakiemu podobnych niewiele zna cywilizacja.

Ten moment ogarnięcia nas okiem bystrym i życzliwym, choć wejrzenie to nieco spóźnionym wydać się musi, stanowi sam w sobie chwilę historyczną wielkiej doniosłości. Każde przecież życzliwe zrozumienie się wzajemne dwu wielkich narodów ma w sobie jaśnienie nowego słońca, jest tym, co karty w historii zapisuje złotem i pięknymi iluminacjami, a sztuce i poezji użycza królewskiego polotu i wiary w niebiosa.

Ale — tu zstępuję na ziemię — przyjdzie i taka chwila, że może będziemy żałowali, iż Warszawa tak wiele posiada ponęt i powabu.

To, co prawdopodobnie nastąpi po wojnie, owo zlanie się dwu narodów w jeden, będzie ze stanowiska ideologii panslawistycznej nową jutrznią, żyznym deszczem; na glebie przezeń zroszonej rozpleni się jeszcze bujniej geniusz dwu najgenialniejszych plemion słowiańskich.