Nieco powolniej posuwa się natarcie ku linii jezior Mazurskich w Prusach Wschodnich. Sprawdziły, się przewidywania, że tam, na swoim już gruncie, Niemcy obwarują się całą potęgą swej niezrównanej techniki i inżenierii. A że prze ich od strony rosyjskiej nie mniejsza potęga ambicji wyjścia na szerokie rozłogi ziem pruskich, przeto łatwo wyobrazić sobie można i kolor tej ziemi i kolor tych wód jeziornych, już przedtem tylokrotnie zafarbowanych krwią ludzką. Podobno Niemcy wiozą z sobą krematoria do palenia ciał — słusznie. Czy by nie należało naśladować ich w tym względzie?

Czytałem niegdyś piękny okrzyk felietonisty — filozofa: „Przekleństwo kłosom, co wyrosły na krwi! A kłos urąga słońcu swoją złotą kiścią”. Nie prędko takie choćby kłosy wyrosną na glebie mazurskiej...

O tysiąc mil więcej na południe, w pobliżu Morza, dotąd tylko nominalnie Czerwonego, także krew się leje, krew Anglików i Turków. Tej ostatniej, zdaje się, znacznie więcej. Najście Turków na półwysep Synaj odparto. Zagarnięto też port Jerozolimy — Jaffę. A jednocześnie i nad zatoką Perską, bliżej swej ziemi obiecanej, Anglicy marszem ceremonialnym wkroczyli na ulice Basory. Snadź Albion nie został zaskoczony i lwią łapą gruchoce kosteczki choremu człowiekowi.

VI

26 listopada, czwartek

Minął, zdaje się, najgorszy okres wojny, ten, w którym szale trzymały się uporczywie na jednej równi. Patrząc na tę równowagę, lub też co prawie na jedno wychodzi, na to, jak po chwilowym wyjściu z niej, zaraz do niej wracały — miałem całkiem namacalne wrażenie pętlicy na szyi. Uczucie utraty tchu i powietrza, uczucie, że ta krwawa dżuma świata nie skończy się nigdy, bo trzyma się do nieskończoności w jednej mierze — stałym było mi towarzyszem.

Dziś zaczynam mieć wrażenie, że się obróciło na lepsze; oczywiście nie w sensie zwycięstw jakiejś idei lub ideologii, z tej bowiem już dokładnie się wyleczyli wszyscy, lecz w sensie wyjaśnienia się sytuacji.

Niemcy zaczynają staczać się po pochyłości. Nie osiągnęli nic istotnego na froncie francusko-belgijskim, a na teatrze wschodnim cofają się najwyraźniej. Dzisiejsze dodatki wieczorne stwierdzają ich odwrót w kierunku Strykowa. Więc wielka bitwa pod Łodzią wypadła dla nich fatalnie. Wprawdzie, dzięki swej maestrii w cofaniu się i osłanianiu ariergardami328 głównych korpusów, uniknęli ciosu druzgoczącego, nie zostali osaczeni, ale rezultat całej tej walki zdaje się być przesądzonym. Rosjanie nie umieli wyzyskać swych przewag i nieprzyjaciela rozgromić, ale odsunęli go od Warszawy — tym razem bodaj na zawsze.

Gdyby kto miał jeszcze wątpliwości co do porażki Niemców, a nie wystarczałyby mu komunikaty wodza naczelnego i ogólny nastrój miasta, powinien czerpać pociechę z pewnych symptomatów czysto politycznych, jak założenie „Komitetu Narodowego Polskiego”. Według jednych — jest to twór genialny, zaś „jeszcze jedna impreza” po legionach pp. Snarskiego i Gorczyńskiego, oraz „przedsiębiorstwo” — według dzisiejszego „Gońca wieczornego”.

Ten komitet, podpisany ponoć przez większość byłych i aktualnych posłów do obu „Gadalni” państwowych — wyrażenie gazet rosyjskich — chce stworzyć podstawę do organizacji politycznej narodu i to czym prędzej, bo najmniejsza zwłoka grozi mu wielką szkodą. Pośpiech ten tłumaczy się jednak lepiej ustępem końcowym, w którym podpisani truchleją z obawy, ażeby Polacy w Krakowie nie dali się sprowokować Niemcom do jakiegokolwiek „wystąpienia przeciw armii rosyjskiej”. Innymi słowy, Komitet ma nadzieję dotrzeć swą odezwą do zachodniej Galicji i oddziałać na Kraków w ten sposób, ażeby Polacy poddali dobrowolnie miasto, a w każdym razie wycofali się z udziału w jego obronie.