Jest to chwila, gdy chorych wzmagając cierpienia,

Noc dławi ich za gardło! Gdy swoje istnienia

Kończą oni ku wspólnej zdążając otchłani.

Szpital pełny ich westchnień. — Konają skazani. —

Wielu z nich już nie siądzie przed ciepłym ogniskiem,

W wieczór — do wonnej strawy, przy kimś sercu bliskiem.

Ach! a większość z nich może nigdy od powicia117,

Nie miała własnych ognisk, nie zaznała życia!

Zmrok poranny

Po dziedzińcach koszarów bębny brzmiały gwarnie