Między tymi dwiema ostatecznościami znajduje się niewątpliwie szerokie pole do popisu.

Nie pragnę bynajmniej w Scrooge’u przedstawić takiego samochwały, mogę was jednak zapewnić, że był on przygotowany istotnie na cały szereg nadzwyczajnych zjawisk i wmawiał w siebie, że teraz już chyba nic nie może go wprawić w zdumienie, zaczynając od kolebki dziecka, a kończąc na olbrzymim nosorożcu.

Właśnie dlatego, że był na wszystko przygotowany, nie spodziewał się wcale, że na razie nic nadzwyczajnego nie zobaczy. Gdy przeto zegar wybił pierwszą, a nie zjawił się nikt, uczuł lodowate zimno, a ciało jego przebiegły dreszcze. Minęło pięć, dziesięć minut, kwadrans — żadnego widma!

Przez cały czas leżał na łóżku, w samym środku czerwonego światła, które oblało go w chwili, gdy zegar wydzwaniał godzinę, a które właśnie dlatego, że było tylko światłem, niepokoiło go o wiele więcej niż cały tuzin duchów, ponieważ niepodobna było odgadnąć, co ono znaczy i czego chce. Chwilami obawiał się, że może nagle spłonąć, nie mając nawet tej pociechy, iż stałoby się to z jego świadomością. Wreszcie przyszło mu na myśl, że źródło tego dziwnego światła znajduje się zapewne w sąsiednim pokoju, z którego — jak to stwierdził po bliższej obserwacji — istotnie promieniowało. Doszedłszy do tego przekonania, wstał po cichu i w pantoflach podreptał do drzwi.

W chwili gdy Scrooge położył rękę na klamce, jakiś obcy głos kazał mu wejść. Usłuchał.

Był to jego własny pokój. To nie ulegało wątpliwości. Ale zaszła w nim dziwna zmiana!

Ściany i sufit były przystrojone zielonymi gałęziami, tak że cały pokój wyglądał jak altana ozdobiona mnóstwem purpurowych jagód. Liście bluszczu, jemioły i ostrokrzewu odbijały światło i wyglądały niby mnóstwo małych zwierciadełek. Na kominie płonął tak silny ogień, jakiego ten komin, zawsze ostygły za czasów Scrooge’a i Marleya, od wielu, wielu lat nie znał.

Na podłodze był urządzony jakby tron z indyków, gęsi, kaczek, dziczyzny, wielkich kawałów pieczeni, prosiąt, długich wianków kiełbas, plum-puddingów, beczułek z ostrygami, pieczonych kasztanów, różowych jabłek, soczystych pomarańczy, apetycznych gruszek, olbrzymich placków i naczyń z wrzącym ponczem — a wszystko to napełniało cały pokój przedziwnym zapachem. Na tym tronie rozparł się wygodnie wspaniale wyglądający, z wesołym obliczem olbrzym. W ręku trzymał płonącą pochodnię w kształcie rogu obfitości i unosił ją wysoko, aby oświecić Scrooge’a w chwili, gdy ostrożnie zaglądał do pokoju.

— Wejdź! — zawołał ów Duch. — Wejdź, przyjacielu, musimy się przecież poznać.

Scrooge wszedł nie bez trwogi i pochylił głowę przed Duchem.