Nie był to już ten śmiały, niczego nieobawiający się, dawny Scrooge; teraz, chociaż oczy Ducha miały wyraz pogody i łagodności, to jednak unikał ich spojrzenia.
— Jestem Duchem Tegorocznego Bożego Narodzenia — przemówiło widmo — przypatrz mi się dobrze.
Scrooge podniósł lękliwie oczy i spojrzał na Ducha z szacunkiem.
Duch ten był przybrany w rodzaj ciemnozielonej opończy, obramowanej białym futrem. Szerokie piersi były odsłonięte, jak gdyby nic nie zależało mu na tym, aby je zakrywać. Także i nogi, wyglądające spod szerokich fałd opończy, były bose, głowa zaś nie miała żadnego innego nakrycia, tylko wieniec z liści dębowych, wśród których tu i ówdzie błyszczały sopelki lodu. Ciemnie jego włosy spadały w swobodnych zwojach na barki. Pogodne oblicze, błyszczące oczy, rubaszny głos, swobodne zachowanie się — wszystko mówiło o jego otwartości i wesołym usposobieniu. Przy boku jego wisiała u pasa stara pochwa, na poły zjedzona przez rdzę, bez miecza.
— Nie widziałeś dotychczas nikogo do mnie podobnego? — zapytał Duch.
— Nigdy — potwierdził Scrooge.
— Nie spotykałeś nigdy na drodze swego życia młodszych członków mojej rodziny? Mam na myśli (bo sam jestem bardzo młody) moich starszych braci, którzy urodzili się ostatnimi laty? — pytał Duch dalej.
— Nie zdaje mi się — odparł Scrooge. — A nawet jestem pewien, że nie. Dużo masz braci, Duchu?
— Przeszło dziewięciuset39 — odpowiedział Duch.
— Przerażająco liczna rodzina, szczególnie dla tego, kto musi troszczyć się o jej utrzymanie — mruknął Scrooge.