— Do widzenia.
Ani słowa więcej. Takie było ich przywitanie, rozmowa i pożegnanie.
Scrooge’a z początku dziwiło to, że Duch przywiązuje wagę do tak w gruncie rzeczy błahych rozmów, lecz przeczuwając, że czyni to nie bez celu, zaczął się nad nimi zastanawiać.
Nie mógł przypuścić, żeby rozmowy te dotyczyły Jakuba Marleya, jego dawnego wspólnika, chociażby z tego tylko względu, że Marley umarł już stosunkowo dawno, więc śmierć jego należała do przeszłości, a Duch przecież miał związek jedynie z przyszłością.
Na razie Scrooge nie mógł w żaden sposób wymiarkować, o którym z jego znajomych rozmawiano. Nie wątpił jednak, że kogokolwiek dotyczyły te rozmowy, w każdym razie zawierały naukę mającą za cel jego dobro, którą on powinien przyjąć z uwagą i wdzięcznością. Doszedłszy do tego przekonania, postanowił jak najpilniej przysłuchiwać się wszystkiemu, co tylko mu w uszy wpadnie, a przede wszystkim obserwować bacznie swoją postać, jeśli się ona zjawi, przewidując, że zachowanie się tej postaci, która będzie przedstawiała jego samego w przyszłości, da mu klucz do rozwiązania dręczących go zagadnień. Zaczął więc szukać swojej postaci.
Któż jednak zajął uprzywilejowane jego miejsce na giełdzie? Scrooge nie znał tego człowieka. Rozglądając się na wszystkie strony, nie mógł znaleźć siebie, chociaż zegar giełdowy wskazywał właśnie godzinę, w której zwykle tu przebywał. Ta okoliczność zresztą nie zaniepokoiła go nazbyt, gdyż już po odwiedzinach pierwszego widma postanowił w głębi duszy zmienić dotychczasowy sposób życia, przypuszczał więc teraz, że jego nieobecność na giełdzie w tym okresie przyszłości stwierdza, iż w postanowieniu swoim wytrwał.
Duch, wciąż posępny i nieruchomy, stał przy nim z wyciągniętą ręką. Ocknąwszy się z zamyślenia, Scrooge zauważył, że Duch nie spuszcza z niego oczu, a to spostrzeżenie znów przejęło go dreszczem od stóp do głowy.
Opuściwszy gwarną część miasta, zapuścili się w jedną z jego oddalonych, ubogich dzielnic, gdzie Scrooge nigdy nie zaglądał, wiedząc, że ludność jej miała jak najgorszą opinię. Składała się ona z ulic ciemnych, pełnych błota; domy i sklepy były tu nędzne, mieszkańcy bosi, półnadzy, pijani, budzili wstręt i obrzydzenie. Podwórza i korytarze nieprawdopodobnie wąskie, zagnojone, wydawały zabijający zaduch, dostrajały się do zezwierzęconej ludności, która tu się roiła. W ogóle dzielnica ta była stekiem błota, nędzy i zbrodni.
W tej oto ohydnej dzielnicy znajdował się nędzny sklepik, w którym sprzedawano stare żelastwo, gałgany, stare butelki, kości, resztki wczorajszych marnych obiadów zebranych na brudnych talerzach. Na podłodze wewnątrz sklepu piętrzyły się gromady zardzewiałych kluczy, gwoździ, łańcuchów, zawiasów, pilników, talerzy wag, gwichtów66 — słowem: najprzeróżniejsze odpadki żelazne. Dziwne i zapewne straszne tajemnice, których zbadania nie każdy odważyłby się podjąć, ukrywały się pod stosami cuchnących łachmanów, odpadków tłuszczu i kości.
Przy piecu, w którym spalano szczątki zgniłego drzewa, skleconym niezdarnie z kawałków starych cegieł, siedział wśród swoich towarów siedemdziesięcioletni, białowłosy łotr. Od ulicznego chłodu zasłonił się firanką różnorodnych, przesiąkniętych tłuszczem gałganów, które rozwiesił na sznurku i rozkoszował się samotnością, paląc fajkę. Scrooge i Duch zjawili się przy nim w tej chwili właśnie, kiedy do sklepu weszła jakaś kobieta, dźwigając ciężki tłumok. Tuż za nią, także z tłumokiem, weszła druga, a za tą znów mężczyzna w czarnym, mocno spłowiałym ubraniu. Wszyscy troje niezmiernie się zdziwili, poznawszy się wzajem.