— W takim razie wszystko w porządku — prawiła posługaczka. — Nie szukajmy dnia wczorajszego, to do niczego nie doprowadzi. Zresztą, czego się tu obawiać? O co? Trochę drobiazgów nikogo nie zuboży, a nieboszczyk się o nie chyba nie upomni...
— Zapewne! Zapewne! — znów potwierdziła pani Wilber, uśmiechając się.
— Gdyby ten podły kutwa chciał ochronić swoje rzeczy od zmarnowania po jego śmierci — mówiła posługaczka — mógł uczynić to bardzo łatwo, postępując jak wszyscy uczciwi ludzie. Dlaczegóż nie postarał się, żeby w chwili śmierci mieć przy sobie jakąś dobrą duszę, która by się nimi zaopiekowała? Nie chciał tego, nie postarał się o to, więc też zginął marnie w kącie, gorzej psa68.
— Święta prawda! — potwierdziła pani Wilber. — Co posiał, to i zebrał. Święta prawda.
— Jeszcze bym więcej o nim powiedziała, gdybym tylko miała czas pomyśleć o czym innym, a nie o tym, z czym tu przyszłam. No, Joe, rozwiąż tłumok, powiedz, co on wart. Bądź zupełnie szczery, o to cię proszę. Wcale się nie obawiam zacząć pierwsza... Owszem, niech oni wiedzą, co tu jest. Wszyscy troje dobrze wiemy, po cośmy69 tutaj przyszli. Grzechu w tym nie ma. Dalej, rozwiąż tłumok, Joe.
Teraz nastąpiły prawdziwe chińskie ceremonie: towarzysze jej pragnęli okazać, iż są dobrze wychowani, dlatego też przedsiębiorca pogrzebowy zdecydował się pierwszy przedstawić swoje łupy.
Nie były one znaczne: kilka pieczątek, ołówek w futerale, para spinek i tania szpilka do spinania chustki pod szyją. Tyle tylko.
Joe każdy przedmiot bardzo skrupulatnie badał, a nawet obwąchiwał, kreślił na ścianie kredą cenę każdego, a widząc, że nic więcej nie ma, zsumował nakreślone liczby.
— Tyle wynosi twój rachunek, kochany przyjacielu — rzekł do przedsiębiorcy pogrzebowego. — Nie dam ani sześciu pensów więcej, choćby mnie smażono na wolnym ogniu. Cóż tam więcej?
Przyszła kolej na panią Wilber.