W jej tłumoku znajdowały się prześcieradła, serwety i trochę ubrania; dalej staroświeckie, srebrne łyżeczki do herbaty, szczypce do cukru i trochę obuwia.

Jej rachunek również został zapisany na ścianie.

— Zawsze jestem względny dla dam, zawsze im więcej płacę. Ta słabość nawet mnie rujnuje — wyrzekał stary Joe. — Twój rachunek, pani Wilber. Jeżeli zażądasz choć jeden penny więcej, jeżeli zechcesz się targować, to gotów jestem cofnąć moją hojność i strącić pół korony.

— A teraz, Joe, zajrzyj do mojego tłumoka — rzekła posługaczka.

Joe ukląkł na ziemi dla większej wygody i rozmotawszy nieskończoną ilość supłów, wydobył najprzód ogromny zwój ciemnej materii.

— Co to takiego? — mruknął pod nosem. — Kotary od łóżka?

— Nie inaczej — odparła, śmiejąc się, posługaczka. — To są kotary od łóżka.

— Czyżbyś, kochana przyjaciółko, ściągnęła to wszystko: firanki, kółka, chwasty, słowem, całe urządzenie, wtedy jeszcze, kiedy on leżał na łóżku? — zapytał Joe.

— Właśnie wtedy — odparła posługaczka. — Czy to nie była pora po temu70?

— W tym razie muszę ci oddać sprawiedliwość, droga przyjaciółko — rzekł Joe. — Stanowczo urodziłaś się w czepku i jesteś na drodze do zrobienia majątku.