— Duchu — rzekł w końcu — to straszne miejsce. Opuściwszy je, nigdy nie zapomnę nauki, jaką tu otrzymałem. Chodźmy stąd! Chodźmy prędzej!
Lecz Duch wciąż ukazywał mu ręką głowę trupa.
— Wiem, Duchu, czego żądasz ode mnie — szepnął Scrooge — lecz nie mogę tego spełnić, sił mi brak!
Zdawało się, że Duch spojrzał na niego bacznie spod kaptura.
— O, Duchu! — zawołał Scrooge głosem złamanym. — Jeżeli istnieje chociażby jeden człowiek, którego śmierć tego nieszczęśnika zmartwiła, to pokaż mi go, błagam cię!
Duch rozpostarł nad nim swój całun, jak gdyby skrzydła, po chwili zaś opuścił go i naraz Scrooge ujrzał jasny, słoneczny pokój, w którym znajdowała się matka z dziećmi.
Matka oczekiwała kogoś z wielkim niepokojem; chodziła od okna do okna, wzdrygała się przy najmniejszym szeleście, wyglądała na ulicę, spoglądała na zegar ścienny, próbowała na próżno zająć się robotą i widocznie z trudnością znosiła krzyki rozbawionych dzieci.
Wreszcie usłyszała tak dawno oczekiwane stuknięcie we drzwi.
Pobiegła, by je otworzyć.
Był to jej mąż, człowiek jeszcze młody, lecz już znużony i sterany ciężkim życiem. Twarz jego miała w tej chwili dziwny wyraz: malowała się na niej radość, której się widocznie wstydził i którą chciał ukryć.