— Na tej ulicy — rzekł — przez którą tak błyskawicznie pędzimy, znajduje się mój kantor. W tej dzielnicy ogniskują się wszystkie moje interesy. Oto widzę już dom, w którym się mój kantor mieści. Pozwól mi zobaczyć, co się tam będzie działo w przyszłości.

Duch zatrzymał się, lecz wskazywał ręką w inną stronę.

— Przecież mój dom jest tutaj? — zauważył Scrooge. — Dlaczego wskazujesz inne miejsce i chcesz mnie tam prowadzić?

Nieubłagany Duch wciąż trzymał wyciągniętą wskazująco rękę w innym kierunku.

Scrooge pobiegł do okna swego kantoru i zaczął się chciwie rozpatrywać w jego wnętrzu. Lokal i teraz był zajęty przez kantor, ale już nie jego. Umeblowanie się zmieniło i ktoś nieznany siedział na miejscu szefa. A ręka Ducha nie zmieniała kierunku.

Scrooge wrócił do Ducha i udał się posłusznie za nim, starając się rozwiązać w myśli pytanie: dlaczego nie zobaczył siebie w kantorze i co się z nim stać mogło?

Nagle zatrzymali się przed żelaznymi sztachetami, wśród których znajdowała się wielka brama. Przed wejściem poza bramę Scrooge uważnie przyjrzał się miejscu.

Był to cmentarz.

Tu, pod ziemią, w głębokości kilku łokci leżał ten człowiek nieszczęsny, którego nazwisko miał niebawem poznać.

Cmentarz otaczało nieskończone mnóstwo ścian domów, a całą jego przestrzeń zarastały trawy i chwasty — rośliny śmierci, a nie życia — które gniły wskutek zbyt obfitego pokarmu.