Scrooge wzniósł raz jeszcze dłonie, zamierzając znów błagać o zmianę swego losu, gdy nagle zauważył, że płaszcz i kaptur widma zaczęły się zmniejszać, kurczyć, aż wreszcie całe zjawisko zmieniło się w słupek jego własnego łóżka...

V. Koniec historii

Tak, był to rzeczywiście słupek jego własnego łóżka.

Leżał we własnym łóżku, we własnym pokoju.

A ucieszyło go bardziej jeszcze i prawdziwie uszczęśliwiło to przekonanie, ta pewność, że posiada swój własny czas i że wystarczy mu go na gruntowne zreformowanie swego życia.

— Będę żył, pamiętając o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości! — przyrzekał sobie, wstając. — Duchy trzech czasów pokonały mnie zupełnie. O, Jakubie Marley! Cześć i błogosławieństwo Niebiosom i wigilii Bożego Narodzenia za ich dobrodziejstwo! Składam im dzięki na kolanach, stary Jakubie Marley; tak jest, na kolanach!

Był tak podniecony i tak ożywiony dobrymi zamiarami, że jego słaby, drżący głos nie odpowiadał sile przepełniających go uczuć. Łkał gwałtownie, a twarz jego zlewały obfite strumienie łez.

— Są, są na swoim miejscu! — zawołał, całując kotary łóżka. — Nikt ich nie zerwał, nikt nie naruszył ich pierścieni. Są tutaj i ja jestem tutaj, a obrazy tego, co się zdarzyć mogło, mogą być rozwiane. Ja wiem, że one znikną, jestem o tym przekonany.

Drżące jego ze wzruszenia ręce nie mogły sobie poradzić z ubraniem; wdziewał rzeczy na wywrót75, szarpał je, upuszczał, słowem, wyprawiał z nimi istne awantury.

— Nie pojmuję doprawdy, co się ze mną dzieje! — mówił, śmiejąc się i płacząc jednocześnie, przy czym wdziewał skarpetki na ręce, stając się podobny do statui Laokoona opasanego wężami76. — Jestem lekki jak piórko; szczęśliwy jak anioł; wesoły jak student; oszołomiony jak pijak! Życzę wszystkim, całemu światu, wesołych świąt i pomyślnego Nowego Roku! Wiwat! Wiwat!