— Gdzie jest?
— W jadalni, razem z panią. Niech pan pozwoli, zaprowadzę.
— Dziękuję ci pięknie, dziecko, sam pójdę. Pan twój zna mnie dobrze.
To rzekłszy, Scrooge zbliżył się do jadalni, ostrożnie nacisnął klamkę i wsunął głowę przez uchylone drzwi.
W tej chwili właśnie odbywał się tam przegląd świątecznie zastawionego stołu. Małżonkowie dokonywali tej czynności bardzo skrupulatnie, jak przystoi na młodą parę, która jest zwykle na tym punkcie bardzo drażliwa i pragnęłaby pod tym względem stać ponad wszelką krytyką.
— Fred! — szepnął Scrooge.
Siostrzenica Scrooge’a drgnęła, jakby wstrząśnięta niewymownie przykrym uczuciem. Gdyby Scrooge był zauważył, że siedziała w wygodnym fortelu, ze stołeczkiem pod nogami, przypatrując się z całą uwagą nakryciu, nigdy nie ośmieliłby się jej zaniepokoić w ten sposób.
— Kto tam?— krzyknął Fred. — Któż, u Boga?
— To ja, twój wuj, Scrooge. Przychodzę zjeść z wami obiad. Czy mogę wejść?
Czy może wejść? Także pytanie! Scrooge powinien był podziękować Bogu, że siostrzeniec z radości nie urwał mu ręki przy powitaniu...