Spojrzał na mnie spode łba:
— Pan ma na myśli mateczkę, panie Copperfield!
— Nie zaprzeczam temu.
— Aha! Ale bo widzi pan, położenie nasze jest tak skromne, wiemy o tym, wiemy, toteż zmuszeni jesteśmy czuwać, by nas kto czasem nie uprzedził. Zresztą — dodał zuchowato — w miłości, jak w polityce, wszystkie środki są dozwolone.
Podnosząc pomału kościste ręce, pocierał podbródek, chichocząc z cicha. Nigdy jeszcze nie był podobniejszy do złośliwego pawiana.
— Bo to widzi pan, panie Copperfield — ciągnął, chichocząc i kiwając głową — niebezpieczny z pana współzawodnik, niebezpieczny.
— Czy z mego to powodu osaczyłeś pannę Wickfield i we własnym ją domu szpiegujesz? — spytałem.
— Ostre to słowa, panie Copperfield...
— Rozumiej je, proszę, jak ci się podoba, i domyśl się, co znaczą.
— Bynajmniej103. Pańska to rzecz, panie Copperfield, nadawać im znaczenie.