— Mówiłem, że nasze gospodarstwo nieprzyjemne.
— Na jedno to wychodzi!
Przekonana snadź156 o tym była, gdyż płakała gorzko. Przeszedłem się znów po pokoju. Byłem w rozpaczy, rozbiłbym sobie głowę o ścianę, tak gorzkie czułem wyrzuty sumienia. Usiadłem przy Dorze.
— Nie, Doro, droga moja, żadnych ci nie czynię wyrzutów. Obojeśmy niedoświadczeni157 i obojgu wiele pozostaje do nabycia158. Chciałem cię tylko, luba moja, przekonać — postanowiłem był raz przecie sprawę tę załatwić — żeś powinna pilnować służącej, rządzić domem.
— I ty, ty mi to możesz wyrzucać! — szlochała Dora. — Czyż nie wiesz, że onegdaj, jak tylko posłyszałam, że lubisz rybę, poszłam sama, Bóg wie jak daleko, by ci zgotować tę niespodziankę?
— I wdzięczny ci byłem, tak wdzięczny, że nie wspomniałem nawet, że kupiony łosoś wystarczyłby na sześć osób i kosztował więcej, niż wydawać możemy.
— A zdawałeś się zadowolonym — westchnęła Dora — nazwałeś mnie „myszką”.
— I teraz cię, jeśli chcesz, tysiąckrotnie tak nazwę!
Serduszko jej do żywego snadź było zadraśnięte, bo się nie dawała pocieszyć. Szlochała i wzdychała, a mnie, jako winowajcę biedy, sumienie gryzło. Musiałem przy tym wyjść, wróciłem późno i cały wieczór nie miałem spokoju. Zdawało mi się, żem popełnił monstrualną zbrodnię.
Wróciłem do domu po północy i przestraszyłem się bardzo, zastawszy ciotkę.