Niedoświadczony i pełen przywiązania, wziąłem na własne barki cały ciężar trosk domowych. Gospodarstwo szło uprzednim trybem, więcej niż kulawo, lecz przywykłem do tego, a Dora cieszyła się, widząc mnie pozornie zadowolonym. Wróciła jej uprzednia, dziecięca swoboda i wesołość. Bawiła się drobnostkami i śmiała całe dni.

Gdy w Parlamencie przedłużały się rozprawy i późno w noc wracałem do domu, Dora zwykła wybiegać na me spotkanie. Gdy spędzałem wieczory w domu pisząc, siadywała przy mnie, nie zważając na spóźnioną porę, cichutko, tak cicho, żem ją posądzał nieraz, że się zdrzemnęła. Lecz dość mi było podnieść wzrok, by się spotkać z rozbłysłym, błękitnym jej spojrzeniem.

— O, chłopcze ty mój, chłopcze! — powiedziała raz, gdym zamykał szufladę biurka.

— O, dziewczę ty moje, dziewczę! Malutka — odrzekłem, całując ją — tobie to już dawno pora spać.

— Nie odsyłaj mnie do łóżeczka — prosiła, tuląc się do mnie.

— Doro!

Czułem jej łzy na mej szyi.

— Doro, co ci jest! Czujesz się niezdrowa, nieszczęśliwa?

— Zdrowa jestem, szczęśliwa, lecz powiedz, powiedz, że nie będziesz odsyłał mnie spać, dopóki sam piszesz.

— Przyjemny widok dla twych pięknych oczu i to o północy!