— Uczony jesteś, Trot — mówił — mądry, i sam wiesz, jak znamienitym uczonym jest doktor! Wiesz także, jakim mnie zaszczyca zaufaniem. Nie jest zarozumiały, chociaż taki rozumny! Owszem, skromny, tak skromny, że przestaje chętnie nawet ze mną, nieukiem. Wypisałem też imię jego na latawcu i wysłałem tam, wysoko, wraz ze skowronkami. Latawiec pysznił się wypisanym na nim imieniem i obłoki też.
Upewniłem go, że istotnie doktor zasługiwał na takie odznaczenie.
— A piękna, śliczna jego żona — ciągnął — to gwiazda, jasna gwiazda! Widziałem, jak błyszczy — tu przysunął się ku mnie i położył mi na kolanach rękę — ale są chmury, chłopcze, są chmury!
Zdawał się wzruszony. Potakiwałem mu głową.
— Jakie chmury? — spytał nagle, wpatrując się we mnie bacznie.
Odpowiedziałem mu na to z cicha, lecz wyraźnie, tak, jak się coś objaśnia dziecku:
— Są pomiędzy nimi nieporozumienia pewne, tajemnicze, zrodzone może z różnicy wieku, na niczym może nieoparte.
Pan Dick powtarzał moje słowa, po każdym skłaniając głowę. Gdy kończyłem, milczał chwilę, trzymając wciąż rękę na mych kolanach.
— Doktor się na nią nie gniewa? — spytał wreszcie.
— Nie — odrzekłem. — Kocha ją.