— I mnie uczyć rozsądku — spytała lękliwie — czy tak, Doady?
Ucałowałem wzniesione na mnie nieśmiało oczy, pytaniem rozchylone usta.
— Na nic się to nie zda — mówiła, wstrząsając główką i pobrzękując kolczykami. — Na nic. Znasz mnie przecie. Dzieckiem jestem i chcę, abyś mnie za takie uważał. Jeśli więcej będziesz ode mnie wymagał, nie potrafię cię zadowolić. Czy ci się nigdy nie zdaje, że lepiej byś zrobił...
— Co, najdroższa? — spytałem, widząc, że się zacięła.
— Nic — odrzekła.
— Nic? — spytałem.
Zarzuciła mi ręce na szyję, zaśmiała się, nazwała siebie ulubionym swym przezwiskiem: „gąska”, skryła wreszcie na mym ramieniu twarzyczkę, w takiej ilości loczków, że trudno je było rozgarnąć.
— Zrobiłbym lepiej, nie ucząc rozsądku mej żoneczki? — pytałem, śmiejąc się. — Co?
— A widzisz! Tegoś chciał, ty brzydki chłopcze!
— Ale to już przeszło — mówiłem — kocham ją taką, jaka jest.