— Paniczu! — mówił pan Peggotty, silnie ściskając mi dłonie. — Panicz mi pierwszy mówił o niej, postąpiła uczciwie, bardzo uczciwie, dziękuję paniczowi. Wiedziała, smutnym nauczona doświadczeniem, gdzie szukać Emilki i jak postąpić. Opatrzność boska czuwała nad nią, niebogą! Marta blada i wystraszona zbudziła Emilkę z pierwszego głębokiego snu. „Wstań”, mówiła, „bo ci grozi większe od śmierci nieszczęście. Wstań i uciekajmy stąd”. Tamte, należące do tego domu, zatrzymać je chciały, ale Marta się nie dała. „Precz ode mnie”, wołała, „widzicie, że jestem marą, co ją wyrywa z otwartej przepaści”. Opowiedziała Emilce, że mnie widziała, żem jej przebaczył, że ją kocham, szukam jej. Naprędce odziała ją we własne suknie, słabą i drżącą wyniosła niemal na własnych rękach z tej jaskini, nie odpowiadając nikomu, jak gdyby głucha była na wołania i słowa, przeszła pomiędzy nimi, unosząc wyrwaną z nory zatracenia Emilkę.

— Pielęgnowała ją — ciągnął pan Peggotty — noc całą, a potem udała się szukać mnie i panicza, panie Davy, nie wspominając przed Emilką, dokąd idzie, boby się mogła skryć lub uciec, broń Boże. Jak się ta okrutna pani dowiedziała, gdzie jest Emilka, w głowę zachodzę! Może to ten padalec wyśledził, dowiedział się, co jest prawdopodobne, od rajfurki210? Mniejsza z tym! Dość że mi Nieba wróciły moją Emilkę!

— Całą noc przesiedzieliśmy razem — mówił. — Sporo przeszło czasu, zanim ocuciłem ją, pozwoliłem wypłakać się, a potem tuląc do serca jej biedną głowę, wysłuchałem wszystkiego. Siedząc tak, wiedzieliśmy dobrze, że zaufać sobie i nawzajem na siebie liczyć możemy.

Zamilkł. Stał z opartą o stół ręką, spokojny, pewien siebie.

— Było mi to niby promieniem jasnym — ozwała się wreszcie ciotka — gdym niegdyś powzięła zamiar zostać chrzestną matką twej siostry, Trot, tej Betsey, co mnie zawiodła. Teraz czuję, że mało co zrobiłoby mi tak wielką przyjemność, jak trzymać do chrztu dziecko tej tam poczciwej kobiety we Włoszech.

Pan Peggotty skłonił tylko potakująco głową. Wszyscy pozostaliśmy w milczeniu, oddając się własnym myślom. Ciotka ucierała to nos, to oczy, uśmiechając się na przemian i mrucząc coś do siebie.

— Zdecydowałeś już coś na przyszłość, kochany przyjacielu? — spytałem pana Peggotty.

— Najzupełniej — odrzekł. — Mówiłem już o tym z Emilką. Świat szeroki i drogi nasze powinny być tam, za morzami.

— Chcą emigrować — objaśniłem ciotkę.

— Tak — potwierdził z uśmiechem pan Peggotty. — Nikt tam w Australii nie rzuci na moją niebogę kamieniem. Razem nowe rozpoczniemy życie.