Spytałem, czy naznaczył termin odjazdu.
— Byłem już — odrzekł — w porcie i rozpytywałem o odchodzące okręty. Możemy jechać za sześć, siedem tygodni. Obejrzałem ten statek.
— Odjedziecie sami? — spytałem.
— Hm! — odrzekł. — Siostra moja tak przywiązana jest do panicza... Zresztą, jak wiadomo paniczowi, zostanie tu ktoś, komu potrzebna będzie.
— Biedny Ham!
— Siostra moja — tłumaczył ciotce pan Peggotty — zajmuje się jego gospodarką. Przywiązał się do niej. Często rozmawia z nią otwarcie o tym, o czym nie wspomniałby przed nikim innym. Biedak! Nie podobna211 pozbawiać go tej ostatniej pociechy.
— A pani Gummidge? — spytałem.
— Otóż to i kłopot z panią Gummidge — odrzekł. — Dużo o tym myślałem. Między nami mówiąc, pani Gummidge, gdy tylko wspomni swego nieboszczyka, wnet wyrzeka, beczy, z przeproszeniem pani, tak czasem u nas płacz nazywają. Otóż ja, który znałem nieboszczyka, wiem, ile wart był, rozumiem to doskonale, ale inni, kto wie, czy zrozumieją.
Zgodziliśmy się na to z ciotką.
— Otóż, jeśliby siostra moja mogła się z nią pogodzić, nie na zawsze, nie, na czas jakiś, zanim pani Gummidge znajdzie dla siebie coś dogodniejszego... Co do mnie, płacić jej będę regularnie, do końca życia, małą sumkę na skromne, lecz wygodne utrzymanie. Nie trzeba, aby została w opuszczeniu i nędzy, ponieważ morze dawno już pożarło poczciwego męża! Lepiej z tym tu jej będzie, niż tam pod obcym za morzami niebem.