— W domu, lecz zajęty — odrzekł.
— Chcę się z nim zobaczyć.
Po krótkim namyśle chłopak wpuścił mnie za przepierzenie do małej izdebki, przedpokoju czy poczekalni. Stamtąd uchylił drzwi do bawialnego pokoju, gdzie zastałem mego przyjaciela, także zdyszanego, lecz dla pozoru zapewne pochylonego nad biurkiem.
— Nieba! — zawołał ujrzawszy mnie. — Copperfield! — i rzucił mi się w objęcia.
— Jakże się masz, kochany, kochany przyjacielu!
— Doskonale i wszystko idzie mi jak z płatka.
Obaj mieliśmy łzy w oczach.
— Kochany Copperfield! — wołał Traddles, we wzruszeniu burząc włosy na głowie. — Jakże szczęśliwy jestem, że cię wreszcie widzę. Tak dawnośmy się nie widzieli. Witajże mi, witaj! Ależ opalony! Szczęśliwy jestem, że cię wreszcie widzę. Na honor, nie pamiętam bardziej radosnej chwili! Na honor!
I ja nie znajdowałem słów, by wyrazić moje wzruszenie. Milczałem.
— Mój przyjacielu — wołał Traddles — zyskałeś sławę, wielki Copperfieldzie! Lecz kiedy żeś wrócił, skąd jedziesz? Co porabiałeś?