Zarzucał mnie pytaniami, nie czekając odpowiedzi, posadził w fotelu przed kominkiem i machinalnie rozżarzał ogień albo też znów rzucał mi się na szyję, ściskał, śmiał się. Obaj mieliśmy pełne łez oczy i długa przeszła chwila, zanim się zdołałem uspokoić.
— Pomyśleć — mówił Traddles — żeś był tuż, tuż, a nie trafiłeś na obrzęd!
— Jaki obrzęd, kochany Traddlesie?
— Co mówisz? — zawołał szeroko, jak dawniej bywało, otwierając oczy. — Czyżbyś nie otrzymał listu?
— Żadnego, który by wspominał o jakim bądź obrzędzie.
— Widzisz — mówił, burząc włosy i kładąc rękę na mych kolanach — jestem żonaty.
— Żonaty?! Już? — zawołałem radośnie.
— Tak mi Boże dopomóż — śmiał się wesoło. — Czcigodny Horacjusz pobłogosławił mój związek z Zofią w Devonshire. Ale oto i ona we własnej osobie, tam za firanką.
„Najukochańsza z dziewcząt” wychodziła właśnie z kryjówki, rumieniąc się i uśmiechając. Bardziej zadowolonej, rozweselonej, serdecznej oblubienicy nie zdarzyło mi się nigdy chyba widzieć. Ucałowałem ją serdecznie, winszując i życząc szczęścia.
— Co za szczęście! — wołał Traddles. — Aleś opalony, Copperfieldzie! Jakże się cieszę.