— I ja niemniej — dorzuciłem.
— I ja także — wtrąciła Zofia, rumieniąc się i uśmiechając.
— Wszyscyśmy uradowani — wołał Traddles. — I dziewczęta pewnie cieszyć się będą. O małom o nich nie zapomniał280.
— O kim? — spytałem.
— O siostrach Zofii. Bawią właśnie u nas. Przybyły rozerwać się nieco w stolicy. W rzeczy samej, gdyś zadzwonił... Musiałeś coś słyszeć, stojąc u drzwi?
— Słyszałem — odrzekłem, uśmiechając się.
— Otóż, gdyś zadzwonił, bawiliśmy się w kotka i myszkę... Że był to jednak widok trochę nieodpowiedni do mego stanowiska, sądząc, że nadchodzi klient, dziewczęta umknęły, a ja sam udawałem zapracowanego. Teraz pewnie podsłuchują u drzwi — dodał, rzucając w tamtą stronę wymowne spojrzenie.
— Pomieszałem szyki — zaśmiałem się. — Przepraszam, stokrotnie przepraszam!
— Na honor, gdybyś widział, jak na odgłos dzwonka zmykały, zabierając szpilki, co im powypadały w zabawie z warkoczy. Sprowadź je tu, kochanie.
Posłuszna żądaniu męża, Zofia pobiegła po siostry. W sąsiednim pokoju rozległa się gama wesołego śmiechu.