Egzystencja w podobnym osaczeniu wydawała mi się nieznośną, nie miałem jednak odwagi odeprzeć natarć pani Crupp.
— Jak się masz, kochany Copperfieldzie! — zawołał Traddles, zjawiając się o naznaczonej godzinie. — Co porabiasz?
— Miło mi jest — rzekłem — widzieć cię wreszcie i żałuję, żeś mnie tylekrotnie nie zastał w domu. Tak byłem zajęty.
— Wiem, wiem! Naturalnie to! Wszak twoja miła mieszka w Londynie.
— O kim mówisz? — zawołałem.
— O niej, o pannie D. — odrzekł, rumieniąc się ze strachu, że popełnił niedyskrecję. — Mieszka w Londynie.
— Tak! W okolicach Londynu.
— Bo moja, jeśli sobie przypominasz — mówił ze smutnym spojrzeniem — jedna z dziesięciu, pamiętasz, mieszka aż w Devonshire, toteż w tym względzie o wiele jestem swobodniejszy od ciebie.
— Nie rozumiem — odrzekłem — jak żyć możesz, widując ją tak rzadko.
— Ha — odparł w zamyśleniu — nie ma czasu się dziwić, skoro nie ma na to rady.