Zarumieniłem się.
— Podziwiam stałość twą i cierpliwość — zauważyłem.
— Doprawdy — uśmiechnął się — cóż w tym tak dziwnego? Nie wiesz, jakie to dobre, kochane, stałe, cierpliwe dziewczę. Uczę się od niej. Nie uwierzysz, jak co chwila zapomina o sobie, aby myśleć o tamtych dziewięciu.
— Najstarsza? — spytałem.
— O nie! Najstarsza to piękność!
Dostrzegł zapewne uśmiech, odpowiedzią tą wywołany, bo, uśmiechając się sam dobrodusznie, poprawił się.
— Nie to, żeby moja Zofia... Ładne imię, prawda, lubiłem je zawsze.
— Bardzo ładne — odrzekłem.
— Nie to tedy — ciągnął — żeby Zofia nie była ładna, w moich zwłaszcza oczach. Każdy przyzna, że to najmilsze pod słońcem dziewczę, ale tamta, piękność, piękność w całym znaczeniu tego słowa!
Gestykulował, jakby rysował w powietrzu mgliste kontury.