Pan Omer zdjął kapelusz; usiadł, by się wysapać, co mu jego otyłość nakazywała po każdym zmęczeniu.
— Dobrze — rzekł wreszcie.
— Ojcze! — zawołała Minnie — czemuś taki smutny?
— Sam nie wiem doprawdy dlaczego, kochanie! — odpowiedział po chwili namysłu. — Ale tak jest.
— Zwykle bywasz wesoły, rozmowny. Nie bierzesz niczego do serca.
— Najlepsza to metoda.
— Zapewne! Toteż nikomu tu z nas nie brak wesołości — dorzuciło dziewczę.
— Dobrze, dobrze — potwierdził pan Omer. — A teraz, gdym się odsapał, wezmę miarę tego kawalera. Proszę kawalera do sklepu.
W sklepie krawiec pokazał mi sztukę sukna, którego gatunek zachwalał utrzymując, że najlepszy jest do ciężkiej żałoby, i zdjąwszy ze mnie miarę, zapisał ją w książeczce, zwracając przy tym moją uwagę na przeróżne fasony, o których mówił, że albo dopiero co weszły lub też wyszły już z mody.
— Tracimy na tym wiele — mówił — ale na to nie ma rady. Moda jak ludzie. Przybędą nie wiadomo jak, skąd, dlaczego, by odejść nie wiadomo jak, dokąd i po co. Zdaniem moim to wszystko jest wiernym odbiciem życia.