Zbyt smutny byłem, aby się wdawać w te, w każdym razie rozumienie moje przechodzące, dyskusje. Po wzięciu miary zadyszany krawiec zaprowadził mnie znów w głąb domu. Otworzywszy drzwi, zażądał „herbaty, chleba i masła”, co też po jakimś czasie, spędzonym przeze mnie na przysłuchiwaniu się krojącym nożyczkom w izbie i uderzeniom młotka na dziedzińcu, wniesione zostało na tacy i jak się okazało, dla mnie.
— Od dawna już — począł pan Omer, wpatrując się we mnie — od dawna znam kawalera.
— Czy tak? — spytałem. Widok tych czarnych materii i krepy odejmował mi zupełnie apetyt.
— Znam go od dnia urodzenia, a nawet i przedtem. Znałem ojca. Miał pięć stóp i dziewięć i pół cala, teraz zaś wystarczy mu pięć stóp i dwadzieścia cali.
„Rat-tat-tat, rat-tat-tat” — dźwięczało za oknem.
— Pięć stóp, dwadzieścia — powtarzał krawiec.
— Czy mi pan nie może powiedzieć, jak się ma mój braciszek? — zagadnąłem.
Pan Omer wstrząsnął głową.
„Rat-tat-tat, rat-tat-tat”.
— Spoczywa na łonie swej matki — rzekł po chwili.