— Tak, przez niego. Dręczy go poczucie chwilowej nieudolności, a może strach przed tym, aby kto obcy tego nie spostrzegł, czy też żeby samemu się nie zdradzić, że nie zrozumie załatwianej sprawy. Nazajutrz bywa gorzej, musi szukać zapomnienia... I tak z dnia na dzień... Nie przerażaj się, Agnieszko kochana! Muszę ci się przyznać, że pewnego wieczora zastałem go nad biurkiem płaczącego...
Położyła mi szybko rękę na ustach, a po chwili powitała wchodzącego do bawialnego pokoju ojca i zawisła na jego ramieniu. Nie zapomnę nigdy wyrazu jej twarzy ani też wyrazu jego twarzy w tej chwili. Było w niej tyle dziecięcej tkliwości, taka wdzięczność za wszystko, co od niego doznawała, a w zwracającym się ku mnie spojrzeniu taka gorąca prośba o zachowanie dla niego przywiązania i szacunku, o współczucie! Niedawno jeszcze tak dumna była z niego, teraz — zbolała i polegająca na mnie. Najwymowniejsze słowa i prośby nie mogłyby mnie bardziej wzruszyć.
Mieliśmy pójść tego wieczoru na herbatę do doktora. Udaliśmy się więc tam o zwykłej godzinie i zastaliśmy go przy kominku, w gabinecie, w towarzystwie żony i teściowej. Doktor, który traktował moją wycieczkę tak, jak gdybym co najmniej wyjeżdżał do Chin, przyjął mnie serdecznie, kazał dorzucić drew do ognia, aby, jak mówił, mógł się lepiej przypatrzyć swemu dawnemu uczniowi.
— Niewiele będę już nowych widział twarzy — mówił, grzejąc przed ogniem ręce — starzeję się, rozleniwiłem się, potrzebuję wygód, odpoczynku i od następnego półrocza mam zamiar pożegnać mych uczniów.
— Mówisz to od lat dziesięciu — odrzekł pan Wickfield.
— Ale teraz to już na pewno. Zdaję wszystko na najstarszego nauczyciela, pilno mi już, pilno, toteż wkrótce spiszesz odpowiedni kontrakt między nami. Dobrze nas opiszesz, co?
— Będę strzegł twych interesów, bo gotów byłbyś podpisać na siebie wyrok śmierci — mówił pan Wickfield. — Gdybym zawsze takie miewał sprawy w moim zawodzie!
— Oddam się w zupełności — ciągnął doktor — memu słownikowi i tej wielkiej osłodzie mego życia, Annie!
Pan Wickfield zwrócił wzrok na siedzącą z Agnieszką za herbatnim stołem żonę doktora, co ją wyraźnie zmieszało. Zdawało się, że zmieszanie to nastręczyło mu nową myśl:
— Nadeszły widzę listy z Indii — zauważył po chwilowym milczeniu.