— A tak, są i listy od Maldona — odrzekł doktor.

— Czy tak?

— Biedaczysko! — zawołała, potrząsając głową, pani Markleham. — Co za klimat! Żyją tam, jak na Saharze, pod rozpalonym kloszem. Biedny chłopiec! Pomimo wyglądu słabe to było stworzenie, porwał się na czyn ponad siły, upewniam was, nad siły. Annie, duszko, musisz przecie doskonale pamiętać, że silny nie był nigdy, nigdy! — Tu powiodła wzrokiem dokoła. — Od czasu jak on i córka moja, dziećmi będąc, chodzili z sobą pod ramię, wiem, że silny nie był.

— Czy mamy wywnioskować ze słów pani — spytał pan Wickfield — że pan Maldon chory?

— Chory? On cierpi na tysiące dolegliwości.

— Więc zdrów nie jest?

— Ale tak, mój panie — twierdziła, zapalając się, Herod-baba. — Czy to pan za nic poczytujesz słoneczne porażenia, żółtą febrę, gorączki, zapalenia i tym podobne niebezpieczeństwa? Serce się kraje na samą myśl, jak tam ten biedak cierpieć musi!

— Więc bardzo się uskarża? — spytał prawnik.

— Uskarża! — ofuknęła go pani Markleham, potrząsając jednocześnie głową i wachlarzem. — Nie znasz pan naszego kochanego Maldona, jeśli możesz przypuszczać coś podobnego. Uskarża się! Wcale nie, mój panie! Mógłbyś wbić go na pal i nie słyszeć z ust jego najlżejszej skargi.

— Ależ, mamo! — wtrąciła pani Strong.