— Byłbym uszczęśliwiony — zawołałem.
— Tym lepiej, gdyż i mnie się ten zamiar podoba — odrzekła. — Zresztą naturalną jest rzeczą, że cię to raduje, naturalną i słuszną, a mam nadzieję, że cokolwiek byś przedsięwziął, pozostaniesz zawsze naturalny i rozsądny.
— Chciałbym, ciotko.
— Siostra twoja, Betsey Trotwood, byłaby niewątpliwie naturalną, rozsądną dziewczyną. Powinieneś być jej godny.
— Chciałbym być godnym ciebie, kochana ciotko. Z tym już będzie mi bardzo dobrze.
— Może to i lepiej dla niej — rzekła, spoglądając z zadowoleniem na mnie — że biedna ta dzieweczka, matka twoja, nie żyje. Gotowa byłaby, widząc cię teraz, stracić do reszty głowę, jak gdyby niebodze pozostawało jeszcze co do stracenia.
Ciotka miała we zwyczaju składać na matkę moją w chwili rozrzewnienia własną swą słabość.
— Jakże ty mi ją żywo przypominasz — dodała po chwili.
— Mam nadzieję, droga ciotko, że ci to jest przyjemne — rzekłem.
— Jak on mi ją przypomina! — ciągnęła, zwracając się do pana Dicka. — Taki, taki samiuteńki, jaką była tego wieczoru! Jak gdybym ją miała tu, przed oczyma.