— Doprawdy? — spytał pan Dick.

— A jednocześnie i do Dawida podobniusieńki.

— Lecz przede wszystkim życzę sobie — ciągnęła, do mnie znów się zwracając ciotka — życzę sobie, abyś był... nie o fizyczne tu idzie zalety, fizycznie jesteś sobie wcale niczego, idzie o zalety moralne... Życzę tedy sobie, abyś był stanowczy, miał wolę — tu potrząsnęła głową i zatarła ręce — stanowczość, charakter, jednym słowem, abyś nigdy, niczyim nie ulegał wpływom. Oto czego ci z całego serca życzę, oto czym powinni byli być oboje twoi rodzice, a wówczas wszystko poszłoby lepiej.

Miałem nadzieję, że uda mi się może spełnić jej żądanie.

— Abyś stopniowo nauczył się sam radzić i na sobie polegać — ciągnęła ciotka — postanowiłam wysłać cię na tę małą przejażdżkę bez żadnej opieki. Z początku chciałam uprosić pana Dicka, aby ci z łaski swej towarzyszył, lecz rozmyśliłam się, lepiej niech tu pozostanie, by się mną opiekować.

Pan Dick przez chwilę wyglądał na niezadowolonego, lecz wkrótce zaszczyt strzeżenia ciotki i udzielania jej opieki rozjaśnił pogodną jego twarz.

— Zresztą — kończyła ciotka — wzgląd na memoriał...

— Zapewne — przerwał pan Dick. — Właśnie mam zamiar wykończyć tę pracę ostatecznie i natychmiast wysłać ją i... i... wówczas...

Zająknął się, namyślał:

— Toż to będzie dopiero bigos! — zawołał.