— Masz, jak widzę, sporo czasu przed sobą — zauważył Steerforth. — Wiesz co, jedź ze mną na parę dni do Highgate220. Co? Dobrze? Ręczę, że polubisz moją matkę. Próżna i słaba, gdy idzie o mnie, lecz ty jej to wybaczysz. Pewien też jestem, że się jej spodobasz.

— Chciałbym w to wierzyć — odrzekłem z uśmiechem.

— O — rzekł Steerforth — każdy, kto mi sprzyja i przychylnym patrzy na mnie okiem, zdobywa sobie tym samym sympatię mej matki.

— W takim razie posiądę ją w zupełności — odrzekłem.

— Oto właśnie spróbuj — nalegał. — Prosto stąd pójdziemy przypatrzyć się lwom. Warto, by je zobaczył taki nowicjusz jak ty! Potem udamy się do Highgate.

Zdawało mi się, że wszystko to snem jest tylko, i bałem się, budząc, znaleźć się znów pod numerem czterdziestym czwartym lub w restauracji naprzeciw poufałego fagasa. Po napisaniu listu do ciotki i opisaniu jej mego spotkania z dawnym towarzyszem i przyjacielem, jako też oznajmieniu, że się do niego na dni parę udaję, dorożką pojechaliśmy oglądać lwy, Panoramę, Muzeum i inne osobliwości, przy czym podziwiałem rozległość posiadanych przez mego przyjaciela wiadomości.

— Musiałeś skończyć szkoły z odznaczeniem — zauważyłem.

— Ja! Z odznaczeniem? — zaśmiał się. — Ach, mój ty pierwiosnku! Wszak pozwolisz, że cię tak przezwę?

— Najchętniej.

— A to dobre — śmiał się — z odznaczeniem! Ależ ja się wcale o to, mój drogi, nie ubiegam. Uważam, że jak dla siebie aż nadto już jestem uczony.